środa, 25 września 2013

Moje żale


“Nie, fantazje o śmierci dzieci nie są domeną kobiet z depresją poporodową, tak jak życie w ciągłym zagrożeniu nie jest domeną Marines” 

Ciąża, która przyszła znienacka opanowała nasze serca. Dziecko! Komórka jajowa i plemnik odnalazły się jak odnajdują się dusze w ciałach tu na ziemi. Brzuch stał się domem dla małej pracowitej zygoty, która ulegając niezliczonej ilości przekształceń z dnia na dzień coraz bardziej przypominała człowieka. Pojawił się system nerwowy, tworzył się mózg, wszystkie organy. Na razie w skali mikro, ale to wszystko z czasem miało urosnąć. I to maleńkie serce, pompujące krew z ogromną szybkością. Brzuch - najbezpieczniejsze miejsce na całej ziemi dla maleńkiej istoty łączącej w sobie cechy mamy, taty, babć, dziadków. Łączącej całą rodzinę, kolejne pokolenie związane z matką przez pępowinę. DNA naszych przodków we mnie - tyle siły, tyle energii. Ale też dotkliwe odczucia - papierosy natychmiast stały się obrzydliwe, a mdłości nie pozwalały wstać z łóżka. Badania, kontrole u lekarza i upewnianie się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Bo na początku nie czuć żadnych ruchów, nie powiększa się brzuch. Na zewnątrz nie zmienia się nic. Ale w głowie i w środku ciała zmienia się wszystko.
20 tygodni później mój świat runął. Poszliśmy na USG połówkowe przekonani, że dowiemy się, że oczekujemy syna choć i tak czułam to od 6 tygodnia. Położyłam się na leżance, W. oparł się o parapet. Doktor przyłożył do brzucha ustrojstwo, zaczął poszukiwać tętna. Powiedział ledwo słyszalne “ale” i zamilkł. Po chwili zapytał kiedy było ostatnie USG.
- Na początku kwietnia. Panie doktorze czy coś jest nie tak?
- Przykro mi, ale nie ma akcji serca.
Huk, cisza, grzmot, ciężar - wszystko jednocześnie. Ból głowy, oczu, serca, spazm, jęk i pytanie huczące w głowie “co zrobiłam nie tak”. Słowa grzęzną w gardle, ciśnienie skacze i jednocześnie spada. Czuję jak rozrywa głowę i jednocześnie jakbym miała zemdleć. W. jest już przy mnie, szepcze do ucha, że wszystko będzie dobrze, a ja mam ochotę wyrwać swoje serce i oddać je dziecku. Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na bicie serca dziecka, ale już go nie usłyszysz. Bo lekarz już mówi, że dziecko nie ma tętna. To znaczy nie żyje. To znaczy, że nie ma nadziei.
Graviditas obsoleta. Słowa, które można skojarzyć z bransoletką albo czymś leciutkim. A jednak. Ciąża obumarła. Moje ciało za wszelką cenę próbowało utrzymać ciążę, która nie miała szans już się rozwinąć. Przez 3 tygodnie byłam grobem. Gładziłam martwe dziecko, mówiłam do martwego dziecka, opowiadałam martwemu dziecku jak lecimy nad oceanem, tłumaczyłam wszystko i puszczałam muzykę klasyczną. Wszystko to było dla kogoś, kto już nie miał szans tego usłyszeć. Tysiące pytań: czy słyszał nasze głosy? Czy czuł dotyk rąk swojego taty gdy ten wmasowywał w mój brzuch balsam na rozstępy? Czy zdołał poczuć te tony miłości, którą skierowaliśmy w jego stronę? “Na przykład ciążą dziewiętnaście tygodni, dziecko umarło w jakimś piętnastym, czarne toto, zmacerowane, a ona wyjmuje z siatki i sypie do trumny jakieś płatki. Róż chyba. Żeby się tylko pani niedobrze nie zrobiło, tak bez śniadania. Rozwinęła zawiniątko całkiem, pokazuje mi kawałek zeschniętej wątróbki. Robię zdjęcia kawałkowi zeschniętej wątróbki i widzę, że coś ma. Niby nóżkę. Niby główkę” - pisze Bargielska. Czy moje dziecko było kawałkiem wątróbki? Bo to też był nawet dwudziesty tydzień i zgon nie wiadomo kiedy, bo trudno stwierdzić. Może bym się dowiedziała więcej, gdybym odebrała wyniki badań łożyska, ale się boję zadzwonić do szpitala.
Z przychodni pojechaliśmy prosto do szpitala zabierając po drodze z domu rzeczy na dwa, trzy dni pobytu. W. zadzwonił do mojej szefowej, do mamy, bo ja nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Byłam otępiała, płakałam i zastanawiałam się co się stanie z małym.

Nie pytaj mnie, czy byłbym w stanie uciec,
czy gdybym miał okazję, wziąłbym ją.
Nie bardzo wiem czy sercem, czy rozumem
przywrócić mam temu jakiś sens.

Im więcej wysilam się, by ci sprostać,
tym bardziej kompromituję się.
Choć wiem, że nie wytrzymamy do końca,
tym bardziej nie mogę bez ciebie żyć

Nie pytaj mnie, dlaczego tak się czuję,
jak gdybym miał kolejne naście lat.
Nie bardzo wiem czy byłbym w stanie unieść
kolejnych nocy z diabłem za pan brat

“Nie pytaj” Radka Skubasa samo pojawiło się w mojej głowie, gdy leżałam w szpitalnym łóżku i nie mogłam nic zrobić poza czekaniem i zastanawianiem się co się tak naprawdę stało i dlaczego. Nie wiem czy wolałabym uciec. Na pewno nie chciałabym cofnąć czasu, nie chciałabym nigdy nie być w ciąży. Bo to zmienia perspektywę patrzenia na świat. Ale tak jak Skubas nie wiem czy sprawę objąć rozumem czy sercem i jak to zrobić, żeby było świadomie i żeby w końcu przestało boleć. Wiedziałam już, leżąc z oksytocyną skapującą do moich żył, że nie wytrzymam do końca ciąży, wiedziałam, że trzeba będzie powiedzieć “do widzenia” zanim tak naprawdę się z Kostkiem przywitaliśmy. I łzy ciekły strumieniem. I nie rozumiałam dlaczego moi rodzice nie są w rozpaczy, dlaczego cały świat nie jest w rozpaczy razem ze mną. A potem mama i tata przyznali się Wojtkowi, że gdy dowiedzieli się, że Kostek nie przeżyje priorytetem stało się dla nich moje życie. I jak już wylądowałam w szpitalu, to można było świętować. Pierwszy raz w życiu miałam przy sobie mamę i tatę. Choć po rozwodzie, stanęli obok siebie i działali razem. Działała też moja macocha i działał W. I wszyscy dodawali mi siły, każdy oddawał mi kawałek swojego serca żebym mogła skleić swoje popękane na miliony kawałków.
            Po wyjściu ze szpitala bałam się kalendarza. Przed 7 maja wpisałam do niego USG, a następnego dnia wyjazd do Bydgoszczy. Zaznaczyłam też w nim kolejne tygodnie ciąży, żeby nie musieć tego za każdym razem liczyć. I 18 września wpisałam “Baby Time”. Tyle planów, radosnego oczekiwania, chęć potwierdzenia, że czekamy na Konstantego. Ale żadnego baby time nie będzie. Nie będzie 26 tygodnia. Zamiast tego szpital z diagnozą “poronienie zatrzymane” - missed abortion. Jakbym to ja coś “przegapiła”, prawie jak autobus o poranku albo ulubiony program w telewizji. Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był tykającą bombą zegarową, w każdej chwili gotową wybuchnąć i mnie zabić. A ja do tej bomby mówiłam i czekałam aż urośnie. Wtorek. Cewnik Foleya. Środa. Oksytocyna. Czwartek. Misoprostol. 40 minut później odeszły wody. Kolejne 40 minut później wróciłam do sali po zabiegu. Piątek. Powrót do domu. Bez synka, bez brzucha, bez ciąży, bez niczego. Po powrocie do domu ze szpitala śniło mi się pierwszej nocy, że jestem w ciąży. A potem śniła mi się śmierć Kostka. Wstawałam rano z walącym sercem, siadałam naprzeciwko szafy żeby wybrać jakieś ciuchy i zaczynałam płakać. Bo przecież powinnam nosić teraz ciuchy ciążowe i nie rozumiem dlaczego mój brzuch zniknął. Zaczął też do mnie docierać fakt potężnego upadku społecznego związanego z poronieniem. Bo jak się jest w ciąży, to się jest wszędzie pierwszym. Jest osobna szuflada dla ciężarnych w przychodni, i na badanie krwi się nie czeka w długiej kolejce, i nawet jak lekarz ma mnóstwo pacjentek, to ciężarną przyjmie. Do tego ustąpi się jej miejsce i w ogóle ludzie się uśmiechają. No bo ciąża, będzie nas więcej, kobieta jest płodna i spełnia swą misję. A jak poroni, to czeka w kolejce. Wypuszczają ze szpitala dzień po zabiegu i radź sobie człowieku w normalnym życiu. Trzeba podróżować tramwajem z niedokrwistością, zatrzymywać się na zakupach, bo zaczęło się kręcić w głowie i pozbyć się nawyku głaskania brzucha jakby ktoś tam był w środku. Nikogo nie ma, kobieta jest sama i społeczne tabu zabrania mówić głośno o stracie. Bo nie wypada, to niesmaczne, niemiłe i trudne. Czy jestem gorsza, bo nie zapewniłam mojemu dziecku warunków do przeżycia?
Zaczęłam czytać jak opętana. Chciałam się jak najwięcej dowiedzieć o poronieniu. Ale Obsoletki Bargielskiej nic nie wyjaśniły, tylko zrodziły więcej pytań. Zarejestrowanie się na forum też nic nie dało, bo nie da się tam przeczytać nic poza wielkim żalem innych kobiet, a wsparcie jest grzecznościowe tylko po to, żeby potem “pocieszona” kobieta pocieszyła inne, też grzecznościowo, cały czas pławiąc się we własnym żalu, goryczy i tęsknocie. “W torbie mam laleczkę, z tych, które dwadzieścia lat temu sprzedawali w kioskach Ruchu: jest goła i łysa, choć wcale nie ma niemowlęcych kształtów. I ma dokładnie tyle centymetrów, ile miało moje dziecko, gdy umarło. A, tak ją sobie noszę. - Wiecie co - mówię - spierdalajcie, dziwki. Chcę teraz spędzić tysiąc lat sama ze swoją laleczką na dnie brudnej rzeki. - Sama spierdalaj, dziwko - odpowiadają. - A my niby nie?”. Bargielska uchwyciła smutną rzeczywistość forum internetowego stworzonego dla kobiet po poronieniu.
Dwa tygodnie później pogrzeb. Kostek ma grób koło Antosia. Pozostaje nam mieć nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Na grobach dzieci leżą misie. Czy niebo dla dzieci pełne jest misiów, a Bóg jest ogromnym pluszakiem, w którego wtulają się wszystkie dzieci, które zawędrują do nieba zostawiając na ziemi swoich rodziców? Bargielska: “(Lekarz) zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział. Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale żaden z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka. - Oj no, wiem - obruszyłam się.  - Przecież serce mojego dziecka jest w słoiku”. Tak pisze Bargielska w Obsoletkach. Ja nie zobaczyłam słoika. Zobaczyłam białą trumienkę z obrzydliwą koronką już na cmentarzu. Chcieliśmy drewnianą małą trumienkę, coś w rodzaju skrzyneczki, żeby było prosto i naturalnie, ale nie wolno. Nie chcieliśmy też krzyża. Więc Kostek dostał listewkę, która się z resztą złamała podczas pierwszej ulewy. Z Kostkiem pochowaliśmy dwie pary śpioszek, które przywiozłam dla niego z USA. Bo to było jego. Wszystkie inne rzeczy związane z ciążą oddałam na przechowanie mamie. Bo nie mogłam na nie patrzeć.
Samotność przychodzi ukradkiem. Wkrada się po kilku tygodniach i omotowuje duszę. Powoli, systematycznie, metodyczynie. Zaczyna się od krótkich chwil, potem dochodzi chroniczne zmęczenie, pogłębiające się tylko od niewyspania. Niewyspanie i stres to prosta droga do rozdrażnienia. O wszystko. A świat wokół czeka i wymaga. Oczekuje zadowolonej twarzy, coraz lepszego samopoczucia i radzenia sobie. W rzeczywistości nagle okazuje się, że “to już miesiąc” od poronienia. Albo “miałabym teraz większy brzuch”. Jak przez to wszystko przejść, jak mówić o temacie, który jest tabu, jak odpowiadać na pytania “jak się czuję”? Pytania układające się w głowie w wielki stos. Chciałabym je spalić, ale jak. Mówię do widzenia na wiele sposobów. To wszystko boli z każdym wypalonym papierosem coraz bardziej. Bo choć papierosy już mi nie smakują to każdy kolejny przypomina mi o tym, że nie jestem w ciąży. Już nie. Nieustannie zastanawiam się kim teraz jestem. Czy jestem kobietą po ciąży? Przecież nie doszłam nawet za połowę. Kobietą przed ciążą? To nieprawda, przecież widziałam jak zmienia się moje ciało. Bo co to znaczy stracić. Według Słownika Języka Polskiego to, co się przestało posiadać albo sam fakt, że się przestało posiadać. Czy kobieta w ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego nieistnienia po tym, jak przez kilka miesięcy tam było? Panuje ogólnie przyjęta i akceptowana zasada milczenia na temat poronienia. Bo wokół aborcji jest wiele szumu, a o kobietach, które tracą dziecko, choć tego nie chcą - ani słowa. “Każdy we wsi miał jakieś pierwsze dziecko, które umierało, zanim pojawiło się młodsze rodzeństwo, i o którym potem zacięcie się nie wspominało przy żadnej okazji. Wszyscy zaś razem mieli nieznanego żołnierza, który umarł na piaskowcu - zebrali go do kupy i raz-raz pochowali”. W zasadzie nie wiem czemu się o tym nie mówi. Dlaczego dopiero jak się to przeżyje, to wokół pojawiają się kobiety i znajome tych kobiet, które przeszły przez coś podobnego. Bargielska: “W nocy śni mi się, że ósmego dnia przynoszą Pana Jezusa do świątyni. Matka Boska rozwija go z pieluszek i rozwija, i rozwija. - No, żeż - mówi Matka Boska. Zdejmuje kolejne warstwy, a pieluszki robią się coraz bielsze. Rozwija, aż przestaje, ale nie wiem, co znajduje się w najbielszej pieluszce, bo mi zasłania, pochyla się nad nią. - Nie tak się umawialiśmy - mówi”. To chyba kwintesencja myśli o poronieniu. Bo nie tak się umawialiśmy z naturą, że nagle w połowie ciąży ona znika zanim jeszcze na dobre stanie się widoczna. I wtedy powstaje krępująca sytuacja w towarzystwie. Bo co powiedzieć osobie, która nawet o tej ciąży nie wiedziała? Czy odpowiedzieć bon-motem, że u nas “wszystko okej”, choć serce krwawi, a głowa nie może się jeszcze posklejać? Czy może powiedzieć, nie zważając na drugą osobę, że się poroniło. Trochę to bezlitosne względem drugiego człowieka. No bo co on ma powiedzieć, jeśli nie wiedział i w ogóle nic nie o ciąży, a co dopiero o poronieniu? Jak wiele możemy oczekiwać od innych żeby ich nie przytłoczyć i jednocześnie nie oszukiwać samego siebie, że jest lepiej niż w rzeczywistości.
Czy sformułowanie “urodził się martwy” jest zgodne z konstytucją? Bo z logiką - nie jest” - pisze Bargielska. I my też mamy logiczne problemy z konstrukcją wyroku. Bo przecież to nie było poronienie. Bo nie krwawiłam i żadnych dolegliwości nie miałam, choć lekarz wpisał, że to było poronienie zatrzymane. Zatrzymane na czerwonym świetle na 3 albo 4 tygodnie, nie wiem. Nikt nie wie. Wiem, że przeżyłam poród. Poczułam nasze dziecko w sobie, jak siłami moich mięśni jest wypychane ze mnie. Czułam jak naprężyła się pępowina, gdy wyskoczył mi między nogi, już na sali zabiegowej. Zaraz potem po ręce i głowie zaczęła gładzić mnie pielęgniarka, że już wszystko dobrze, że zaraz podadzą mi środek usypiający. Noż kurwa mać jakie wszystko dobrze? Dlaczego nikt nie powiedział, że to dopiero początek jakiejś koszmarnej drogi z której trudno się wyguzdrać? Więc to był poród. Ale dziecko było martwe. Więc ten poród jakiś taki sztuczny i wywołany na siłę. Więc wszystko wbrew naturze. Nie dość, że ciąża za szybko się skończyła, to jeszcze mój organizm tego nie zauważył i nie chciał tej ciąży uznać za zakończoną. A czy można w ogóle mówić o stracie? Bo stracić to według Słownika Języka Polskiego to, co się przestało posiadać albo sam fakt, że się przestało posiadać. Czy kobieta w ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego nieistnienia po tym, jak przez kilka miesięcy tam było? Czy wypada o nim mówić? Rzecznik Praw Dziecka chroni dzieci od poczęcia, ale to chyba tylko taki zapis. No bo jeśli byłoby inaczej, to położna nie powiedziałaby mi, że nie trzeba chować i że w ogóle najlepiej, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli, że to się stało. Ale jak zapomnieli? Wymazali te miesiące z naszego życia? Udawali, że nigdy nie byłam w ciąży? To dlaczego mój zawsze wyćwiczony, płaski brzuch się zaokrąglił?
One chyba nie pikują - mówi Bronka z bezbrzeżnym smutkiem. - Ani nawet nie pikają. Gdybyż pikały! Można by opracować jakiś alfabet, mieć z nimi kontakt, pytać “Czemu wolałeś zostać aniołkiem, synku”, a on by odpikiwał “mama, nie nudź”. Bargielska trafia w sedno tęskniącej matki, która nie miała szansy stać się matką. Której pozostanie wyobrażanie sobie dziecka. Ja wyobrażam sobie Kostka razem z moim dziadkiem, który odszedł 3 lata temu. Mam nadzieję, że czekał na niego, wziął go za jego maleńką rączkę i zaczął opowiadać o naszej rodzinie. Bo dziecko, chcę w to wierzyć, przenosi się ze szczęścia siedzenia w brzuchu do szczęścia bycia z naszymi przodkami. Tylko przy okazji wprawia w rozpacz z tuzin osób. A na pewno dwie. Bo co ma powiedzieć matka, która już się nie może doczekać dnia matki, a która dwa tygodnie przed tym świętem, teraz tak wyjątkowym, traci dziecko?
Bargielska pisze: “A to jest moja modlitwa: wstrętny pasibrzuchu, zawiodłeś mnie już tyle razy, że z mojej strony nie może być mowy o miłości. Mogę co najwyżej docenić dobroć twojej woli, rozległość twojej łaski i te oto pejzaże. Ale za to doceniam je co najmniej do szaleństwa”. I ja doceniam. Że mam przy sobie wspaniałego mężczyznę, rodzinę, która była ze mną przez te wszystkie ciężkie chwile. Że W. słyszy mój płacz przez trzy ściany i przychodzi do łazienki jak tylko zaczynam kwilić w wannie. Bezbłędnie wyczuwa gorsze momenty, a przy tym sam płacze. Nie wypiera, nie każe zapomnieć, trzymał w ramionach podczas chowania Kostka do ziemi i trzyma w ramionach co wieczór dopóki nie zasnę.
Nie znam cię synku. Nie zostało mi nic po Tobie poza plastikową kartą wskazującą miejsce pochówku i jeansami z panelem na czas ciąży. I ten mały grób. Ale kocham całym sercem i strasznie tęsknię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz