“Nie, fantazje o śmierci dzieci nie są
domeną kobiet z depresją poporodową, tak jak życie w ciągłym zagrożeniu nie
jest domeną Marines”
Ciąża, która przyszła znienacka opanowała nasze serca.
Dziecko! Komórka jajowa i plemnik odnalazły się jak odnajdują się dusze w
ciałach tu na ziemi. Brzuch stał się domem dla małej pracowitej zygoty, która
ulegając niezliczonej ilości przekształceń z dnia na dzień coraz bardziej
przypominała człowieka. Pojawił się system nerwowy, tworzył się mózg, wszystkie
organy. Na razie w skali mikro, ale to wszystko z czasem miało urosnąć. I to
maleńkie serce, pompujące krew z ogromną szybkością. Brzuch -
najbezpieczniejsze miejsce na całej ziemi dla maleńkiej istoty łączącej w sobie
cechy mamy, taty, babć, dziadków. Łączącej całą rodzinę, kolejne pokolenie
związane z matką przez pępowinę. DNA naszych przodków we mnie - tyle siły, tyle
energii. Ale też dotkliwe odczucia - papierosy natychmiast stały się
obrzydliwe, a mdłości nie pozwalały wstać z łóżka. Badania, kontrole u lekarza
i upewnianie się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Bo na początku nie
czuć żadnych ruchów, nie powiększa się brzuch. Na zewnątrz nie zmienia się nic.
Ale w głowie i w środku ciała zmienia się wszystko.
20 tygodni później mój świat runął. Poszliśmy na USG
połówkowe przekonani, że dowiemy się, że oczekujemy syna choć i tak czułam to
od 6 tygodnia. Położyłam się na leżance, W. oparł się o parapet. Doktor
przyłożył do brzucha ustrojstwo, zaczął poszukiwać tętna. Powiedział ledwo
słyszalne “ale” i zamilkł. Po chwili zapytał kiedy było ostatnie USG.
- Na
początku kwietnia. Panie doktorze czy coś jest nie tak?
-
Przykro mi, ale nie ma akcji serca.
Huk,
cisza, grzmot, ciężar - wszystko jednocześnie. Ból głowy, oczu, serca, spazm,
jęk i pytanie huczące w głowie “co zrobiłam nie tak”. Słowa grzęzną w gardle,
ciśnienie skacze i jednocześnie spada. Czuję jak rozrywa głowę i jednocześnie
jakbym miała zemdleć. W. jest już przy mnie, szepcze do ucha, że wszystko
będzie dobrze, a ja mam ochotę wyrwać swoje serce i oddać je dziecku.
Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na
bicie serca dziecka, ale już go nie usłyszysz. Bo lekarz już mówi, że dziecko
nie ma tętna. To znaczy nie żyje. To znaczy, że nie ma nadziei.
Graviditas obsoleta. Słowa, które można skojarzyć z
bransoletką albo czymś leciutkim. A jednak. Ciąża obumarła. Moje ciało za
wszelką cenę próbowało utrzymać ciążę, która nie miała szans już się rozwinąć.
Przez 3 tygodnie byłam grobem. Gładziłam martwe dziecko, mówiłam do martwego
dziecka, opowiadałam martwemu dziecku jak lecimy nad oceanem, tłumaczyłam
wszystko i puszczałam muzykę klasyczną. Wszystko to było dla kogoś, kto już nie
miał szans tego usłyszeć. Tysiące pytań: czy słyszał nasze głosy? Czy czuł
dotyk rąk swojego taty gdy ten wmasowywał w mój brzuch balsam na rozstępy? Czy
zdołał poczuć te tony miłości, którą skierowaliśmy w jego stronę? “Na przykład ciążą dziewiętnaście tygodni,
dziecko umarło w jakimś piętnastym, czarne toto, zmacerowane, a ona wyjmuje z
siatki i sypie do trumny jakieś płatki. Róż chyba. Żeby się tylko pani
niedobrze nie zrobiło, tak bez śniadania. Rozwinęła zawiniątko całkiem,
pokazuje mi kawałek zeschniętej wątróbki. Robię zdjęcia kawałkowi zeschniętej wątróbki
i widzę, że coś ma. Niby nóżkę. Niby główkę” - pisze Bargielska. Czy moje
dziecko było kawałkiem wątróbki? Bo to też był nawet dwudziesty tydzień i zgon
nie wiadomo kiedy, bo trudno stwierdzić. Może bym się dowiedziała więcej,
gdybym odebrała wyniki badań łożyska, ale się boję zadzwonić do szpitala.
Z przychodni pojechaliśmy prosto do szpitala zabierając po
drodze z domu rzeczy na dwa, trzy dni pobytu. W. zadzwonił do mojej
szefowej, do mamy, bo ja nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Byłam
otępiała, płakałam i zastanawiałam się co się stanie z małym.
Nie pytaj mnie, czy byłbym w stanie uciec,
czy gdybym miał okazję, wziąłbym ją.
Nie bardzo wiem czy sercem, czy rozumem
przywrócić mam temu jakiś sens.
Im więcej wysilam się, by ci sprostać,
tym bardziej kompromituję się.
Choć wiem, że nie wytrzymamy do końca,
tym bardziej nie mogę bez ciebie żyć
Nie pytaj mnie, dlaczego tak się czuję,
jak gdybym miał kolejne naście lat.
Nie bardzo wiem czy byłbym w stanie unieść
kolejnych nocy z diabłem za pan brat
“Nie
pytaj” Radka Skubasa samo pojawiło się w mojej głowie, gdy leżałam w szpitalnym
łóżku i nie mogłam nic zrobić poza czekaniem i zastanawianiem się co się tak
naprawdę stało i dlaczego. Nie wiem czy wolałabym uciec. Na pewno nie
chciałabym cofnąć czasu, nie chciałabym nigdy nie być w ciąży. Bo to zmienia
perspektywę patrzenia na świat. Ale tak jak Skubas nie wiem czy sprawę objąć
rozumem czy sercem i jak to zrobić, żeby było świadomie i żeby w końcu
przestało boleć. Wiedziałam już, leżąc z oksytocyną skapującą do moich żył, że
nie wytrzymam do końca ciąży, wiedziałam, że trzeba będzie powiedzieć “do
widzenia” zanim tak naprawdę się z Kostkiem przywitaliśmy. I łzy ciekły
strumieniem. I nie rozumiałam dlaczego moi rodzice nie są w rozpaczy, dlaczego
cały świat nie jest w rozpaczy razem ze mną. A potem mama i tata przyznali się
Wojtkowi, że gdy dowiedzieli się, że Kostek nie przeżyje priorytetem stało się
dla nich moje życie. I jak już wylądowałam w szpitalu, to można było świętować.
Pierwszy raz w życiu miałam przy sobie mamę i tatę. Choć po rozwodzie, stanęli
obok siebie i działali razem. Działała też moja macocha i działał W. I
wszyscy dodawali mi siły, każdy oddawał mi kawałek swojego serca żebym mogła
skleić swoje popękane na miliony kawałków.
Po wyjściu ze szpitala bałam się
kalendarza. Przed 7 maja wpisałam do niego USG, a następnego dnia wyjazd do
Bydgoszczy. Zaznaczyłam też w nim kolejne tygodnie ciąży, żeby nie musieć tego
za każdym razem liczyć. I 18 września wpisałam “Baby Time”. Tyle planów,
radosnego oczekiwania, chęć potwierdzenia, że czekamy na Konstantego. Ale
żadnego baby time nie będzie. Nie będzie 26 tygodnia. Zamiast tego szpital z
diagnozą “poronienie zatrzymane” - missed abortion. Jakbym to ja coś
“przegapiła”, prawie jak autobus o poranku albo ulubiony program w telewizji.
Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był tykającą bombą
zegarową, w każdej chwili gotową wybuchnąć i mnie zabić. A ja do tej bomby
mówiłam i czekałam aż urośnie. Wtorek. Cewnik Foleya. Środa. Oksytocyna.
Czwartek. Misoprostol. 40 minut później odeszły wody. Kolejne 40 minut później
wróciłam do sali po zabiegu. Piątek. Powrót do domu. Bez synka, bez brzucha,
bez ciąży, bez niczego. Po powrocie do domu ze szpitala śniło mi się pierwszej
nocy, że jestem w ciąży. A potem śniła mi się śmierć Kostka. Wstawałam rano z
walącym sercem, siadałam naprzeciwko szafy żeby wybrać jakieś ciuchy i
zaczynałam płakać. Bo przecież powinnam nosić teraz ciuchy ciążowe i nie
rozumiem dlaczego mój brzuch zniknął. Zaczął też do mnie docierać fakt
potężnego upadku społecznego związanego z poronieniem. Bo jak się jest w ciąży,
to się jest wszędzie pierwszym. Jest osobna szuflada dla ciężarnych w
przychodni, i na badanie krwi się nie czeka w długiej kolejce, i nawet jak
lekarz ma mnóstwo pacjentek, to ciężarną przyjmie. Do tego ustąpi się jej
miejsce i w ogóle ludzie się uśmiechają. No bo ciąża, będzie nas więcej,
kobieta jest płodna i spełnia swą misję. A jak poroni, to czeka w kolejce. Wypuszczają
ze szpitala dzień po zabiegu i radź sobie człowieku w normalnym życiu. Trzeba
podróżować tramwajem z niedokrwistością, zatrzymywać się na zakupach, bo
zaczęło się kręcić w głowie i pozbyć się nawyku głaskania brzucha jakby ktoś
tam był w środku. Nikogo nie ma, kobieta jest sama i społeczne tabu zabrania
mówić głośno o stracie. Bo nie wypada, to niesmaczne, niemiłe i trudne. Czy
jestem gorsza, bo nie zapewniłam mojemu dziecku warunków do przeżycia?
Zaczęłam czytać jak opętana. Chciałam się jak najwięcej
dowiedzieć o poronieniu. Ale Obsoletki Bargielskiej
nic nie wyjaśniły, tylko zrodziły więcej pytań. Zarejestrowanie się na forum
też nic nie dało, bo nie da się tam przeczytać nic poza wielkim żalem innych
kobiet, a wsparcie jest grzecznościowe tylko po to, żeby potem “pocieszona”
kobieta pocieszyła inne, też grzecznościowo, cały czas pławiąc się we własnym
żalu, goryczy i tęsknocie. “W torbie mam
laleczkę, z tych, które dwadzieścia lat temu sprzedawali w kioskach Ruchu: jest
goła i łysa, choć wcale nie ma niemowlęcych kształtów. I ma dokładnie tyle
centymetrów, ile miało moje dziecko, gdy umarło. A, tak ją sobie noszę. -
Wiecie co - mówię - spierdalajcie, dziwki. Chcę teraz spędzić tysiąc lat sama
ze swoją laleczką na dnie brudnej rzeki. - Sama spierdalaj, dziwko -
odpowiadają. - A my niby nie?”. Bargielska uchwyciła smutną rzeczywistość
forum internetowego stworzonego dla kobiet po poronieniu.
Dwa tygodnie później pogrzeb. Kostek ma grób koło Antosia.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Na grobach dzieci leżą misie.
Czy niebo dla dzieci pełne jest misiów, a Bóg jest ogromnym pluszakiem, w
którego wtulają się wszystkie dzieci, które zawędrują do nieba zostawiając na
ziemi swoich rodziców? Bargielska: “(Lekarz)
zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś
kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim
nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział.
Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na
oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale żaden
z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka. - Oj no, wiem - obruszyłam
się. - Przecież serce mojego dziecka
jest w słoiku”. Tak pisze Bargielska w Obsoletkach.
Ja nie zobaczyłam słoika. Zobaczyłam białą trumienkę z obrzydliwą koronką już
na cmentarzu. Chcieliśmy drewnianą małą trumienkę, coś w rodzaju skrzyneczki,
żeby było prosto i naturalnie, ale nie wolno. Nie chcieliśmy też krzyża. Więc
Kostek dostał listewkę, która się z resztą złamała podczas pierwszej ulewy. Z
Kostkiem pochowaliśmy dwie pary śpioszek, które przywiozłam dla niego z USA. Bo
to było jego. Wszystkie inne rzeczy związane z ciążą oddałam na przechowanie
mamie. Bo nie mogłam na nie patrzeć.
Samotność przychodzi ukradkiem. Wkrada się po kilku
tygodniach i omotowuje duszę. Powoli, systematycznie, metodyczynie. Zaczyna się
od krótkich chwil, potem dochodzi chroniczne zmęczenie, pogłębiające się tylko
od niewyspania. Niewyspanie i stres to prosta droga do rozdrażnienia. O
wszystko. A świat wokół czeka i wymaga. Oczekuje zadowolonej twarzy, coraz
lepszego samopoczucia i radzenia sobie. W rzeczywistości nagle okazuje się, że
“to już miesiąc” od poronienia. Albo “miałabym teraz większy brzuch”. Jak przez
to wszystko przejść, jak mówić o temacie, który jest tabu, jak odpowiadać na
pytania “jak się czuję”? Pytania układające się w głowie w wielki stos.
Chciałabym je spalić, ale jak. Mówię do widzenia na wiele sposobów. To wszystko
boli z każdym wypalonym papierosem coraz bardziej. Bo choć papierosy już mi nie
smakują to każdy kolejny przypomina mi o tym, że nie jestem w ciąży. Już nie.
Nieustannie zastanawiam się kim teraz jestem. Czy jestem kobietą po ciąży?
Przecież nie doszłam nawet za połowę. Kobietą przed ciążą? To nieprawda,
przecież widziałam jak zmienia się moje ciało. Bo co to znaczy stracić. Według
Słownika Języka Polskiego to, co się
przestało posiadać albo sam fakt, że się przestało posiadać. Czy kobieta w
ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego nieistnienia po tym, jak przez
kilka miesięcy tam było? Panuje ogólnie przyjęta i akceptowana zasada milczenia
na temat poronienia. Bo wokół aborcji jest wiele szumu, a o kobietach, które
tracą dziecko, choć tego nie chcą - ani słowa. “Każdy we wsi miał jakieś pierwsze dziecko, które umierało, zanim
pojawiło się młodsze rodzeństwo, i o którym potem zacięcie się nie wspominało
przy żadnej okazji. Wszyscy zaś razem mieli nieznanego żołnierza, który umarł
na piaskowcu - zebrali go do kupy i raz-raz pochowali”. W zasadzie nie wiem
czemu się o tym nie mówi. Dlaczego dopiero jak się to przeżyje, to wokół
pojawiają się kobiety i znajome tych kobiet, które przeszły przez coś
podobnego. Bargielska: “W nocy śni mi
się, że ósmego dnia przynoszą Pana Jezusa do świątyni. Matka Boska rozwija go z
pieluszek i rozwija, i rozwija. - No, żeż - mówi Matka Boska. Zdejmuje kolejne
warstwy, a pieluszki robią się coraz bielsze. Rozwija, aż przestaje, ale nie
wiem, co znajduje się w najbielszej pieluszce, bo mi zasłania, pochyla się nad
nią. - Nie tak się umawialiśmy - mówi”. To chyba kwintesencja myśli o
poronieniu. Bo nie tak się umawialiśmy z naturą, że nagle w połowie ciąży ona
znika zanim jeszcze na dobre stanie się widoczna. I wtedy powstaje krępująca
sytuacja w towarzystwie. Bo co powiedzieć osobie, która nawet o tej ciąży nie
wiedziała? Czy odpowiedzieć bon-motem, że u nas “wszystko okej”, choć serce
krwawi, a głowa nie może się jeszcze posklejać? Czy może powiedzieć, nie
zważając na drugą osobę, że się poroniło. Trochę to bezlitosne względem
drugiego człowieka. No bo co on ma powiedzieć, jeśli nie wiedział i w ogóle nic
nie o ciąży, a co dopiero o poronieniu? Jak wiele możemy oczekiwać od innych
żeby ich nie przytłoczyć i jednocześnie nie oszukiwać samego siebie, że jest lepiej
niż w rzeczywistości.
“Czy sformułowanie
“urodził się martwy” jest zgodne z konstytucją? Bo z logiką - nie jest” -
pisze Bargielska. I my też mamy logiczne problemy z konstrukcją wyroku. Bo
przecież to nie było poronienie. Bo nie krwawiłam i żadnych dolegliwości nie
miałam, choć lekarz wpisał, że to było poronienie zatrzymane. Zatrzymane na
czerwonym świetle na 3 albo 4 tygodnie, nie wiem. Nikt nie wie. Wiem, że
przeżyłam poród. Poczułam nasze dziecko w sobie, jak siłami moich mięśni jest
wypychane ze mnie. Czułam jak naprężyła się pępowina, gdy wyskoczył mi między
nogi, już na sali zabiegowej. Zaraz potem po ręce i głowie zaczęła gładzić mnie
pielęgniarka, że już wszystko dobrze, że zaraz podadzą mi środek usypiający.
Noż kurwa mać jakie wszystko dobrze? Dlaczego nikt nie powiedział, że to
dopiero początek jakiejś koszmarnej drogi z której trudno się wyguzdrać? Więc
to był poród. Ale dziecko było martwe. Więc ten poród jakiś taki sztuczny i
wywołany na siłę. Więc wszystko wbrew naturze. Nie dość, że ciąża za szybko się
skończyła, to jeszcze mój organizm tego nie zauważył i nie chciał tej ciąży
uznać za zakończoną. A czy można w ogóle mówić o stracie? Bo stracić to według
Słownika Języka Polskiego to, co się przestało posiadać albo sam fakt, że się
przestało posiadać. Czy kobieta w ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego
nieistnienia po tym, jak przez kilka miesięcy tam było? Czy wypada o nim mówić?
Rzecznik Praw Dziecka chroni dzieci od poczęcia, ale to chyba tylko taki zapis.
No bo jeśli byłoby inaczej, to położna nie powiedziałaby mi, że nie trzeba
chować i że w ogóle najlepiej, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli, że to się
stało. Ale jak zapomnieli? Wymazali te miesiące z naszego życia? Udawali, że
nigdy nie byłam w ciąży? To dlaczego mój zawsze wyćwiczony, płaski brzuch się
zaokrąglił?
“One chyba nie pikują
- mówi Bronka z bezbrzeżnym smutkiem. - Ani nawet nie pikają. Gdybyż pikały!
Można by opracować jakiś alfabet, mieć z nimi kontakt, pytać “Czemu wolałeś
zostać aniołkiem, synku”, a on by odpikiwał “mama, nie nudź”. Bargielska
trafia w sedno tęskniącej matki, która nie miała szansy stać się matką. Której
pozostanie wyobrażanie sobie dziecka. Ja wyobrażam sobie Kostka razem z moim
dziadkiem, który odszedł 3 lata temu. Mam nadzieję, że czekał na niego, wziął
go za jego maleńką rączkę i zaczął opowiadać o naszej rodzinie. Bo dziecko,
chcę w to wierzyć, przenosi się ze szczęścia siedzenia w brzuchu do szczęścia
bycia z naszymi przodkami. Tylko przy okazji wprawia w rozpacz z tuzin osób. A
na pewno dwie. Bo co ma powiedzieć matka, która już się nie może doczekać dnia
matki, a która dwa tygodnie przed tym świętem, teraz tak wyjątkowym, traci
dziecko?
Bargielska pisze: “A
to jest moja modlitwa: wstrętny pasibrzuchu, zawiodłeś mnie już tyle razy, że z
mojej strony nie może być mowy o miłości. Mogę co najwyżej docenić dobroć
twojej woli, rozległość twojej łaski i te oto pejzaże. Ale za to doceniam je co
najmniej do szaleństwa”. I ja doceniam. Że mam przy sobie wspaniałego
mężczyznę, rodzinę, która była ze mną przez te wszystkie ciężkie chwile. Że
W. słyszy mój płacz przez trzy ściany i przychodzi do łazienki jak tylko
zaczynam kwilić w wannie. Bezbłędnie wyczuwa gorsze momenty, a przy tym sam
płacze. Nie wypiera, nie każe zapomnieć, trzymał w ramionach podczas
chowania Kostka do ziemi i trzyma w ramionach co wieczór dopóki nie zasnę.
Nie znam cię synku. Nie zostało mi nic po Tobie poza
plastikową kartą wskazującą miejsce pochówku i jeansami z panelem na czas
ciąży. I ten mały grób. Ale kocham całym sercem i strasznie tęsknię.
