środa, 25 września 2013

Moje żale


“Nie, fantazje o śmierci dzieci nie są domeną kobiet z depresją poporodową, tak jak życie w ciągłym zagrożeniu nie jest domeną Marines” 

Ciąża, która przyszła znienacka opanowała nasze serca. Dziecko! Komórka jajowa i plemnik odnalazły się jak odnajdują się dusze w ciałach tu na ziemi. Brzuch stał się domem dla małej pracowitej zygoty, która ulegając niezliczonej ilości przekształceń z dnia na dzień coraz bardziej przypominała człowieka. Pojawił się system nerwowy, tworzył się mózg, wszystkie organy. Na razie w skali mikro, ale to wszystko z czasem miało urosnąć. I to maleńkie serce, pompujące krew z ogromną szybkością. Brzuch - najbezpieczniejsze miejsce na całej ziemi dla maleńkiej istoty łączącej w sobie cechy mamy, taty, babć, dziadków. Łączącej całą rodzinę, kolejne pokolenie związane z matką przez pępowinę. DNA naszych przodków we mnie - tyle siły, tyle energii. Ale też dotkliwe odczucia - papierosy natychmiast stały się obrzydliwe, a mdłości nie pozwalały wstać z łóżka. Badania, kontrole u lekarza i upewnianie się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Bo na początku nie czuć żadnych ruchów, nie powiększa się brzuch. Na zewnątrz nie zmienia się nic. Ale w głowie i w środku ciała zmienia się wszystko.
20 tygodni później mój świat runął. Poszliśmy na USG połówkowe przekonani, że dowiemy się, że oczekujemy syna choć i tak czułam to od 6 tygodnia. Położyłam się na leżance, W. oparł się o parapet. Doktor przyłożył do brzucha ustrojstwo, zaczął poszukiwać tętna. Powiedział ledwo słyszalne “ale” i zamilkł. Po chwili zapytał kiedy było ostatnie USG.
- Na początku kwietnia. Panie doktorze czy coś jest nie tak?
- Przykro mi, ale nie ma akcji serca.
Huk, cisza, grzmot, ciężar - wszystko jednocześnie. Ból głowy, oczu, serca, spazm, jęk i pytanie huczące w głowie “co zrobiłam nie tak”. Słowa grzęzną w gardle, ciśnienie skacze i jednocześnie spada. Czuję jak rozrywa głowę i jednocześnie jakbym miała zemdleć. W. jest już przy mnie, szepcze do ucha, że wszystko będzie dobrze, a ja mam ochotę wyrwać swoje serce i oddać je dziecku. Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na bicie serca dziecka, ale już go nie usłyszysz. Bo lekarz już mówi, że dziecko nie ma tętna. To znaczy nie żyje. To znaczy, że nie ma nadziei.
Graviditas obsoleta. Słowa, które można skojarzyć z bransoletką albo czymś leciutkim. A jednak. Ciąża obumarła. Moje ciało za wszelką cenę próbowało utrzymać ciążę, która nie miała szans już się rozwinąć. Przez 3 tygodnie byłam grobem. Gładziłam martwe dziecko, mówiłam do martwego dziecka, opowiadałam martwemu dziecku jak lecimy nad oceanem, tłumaczyłam wszystko i puszczałam muzykę klasyczną. Wszystko to było dla kogoś, kto już nie miał szans tego usłyszeć. Tysiące pytań: czy słyszał nasze głosy? Czy czuł dotyk rąk swojego taty gdy ten wmasowywał w mój brzuch balsam na rozstępy? Czy zdołał poczuć te tony miłości, którą skierowaliśmy w jego stronę? “Na przykład ciążą dziewiętnaście tygodni, dziecko umarło w jakimś piętnastym, czarne toto, zmacerowane, a ona wyjmuje z siatki i sypie do trumny jakieś płatki. Róż chyba. Żeby się tylko pani niedobrze nie zrobiło, tak bez śniadania. Rozwinęła zawiniątko całkiem, pokazuje mi kawałek zeschniętej wątróbki. Robię zdjęcia kawałkowi zeschniętej wątróbki i widzę, że coś ma. Niby nóżkę. Niby główkę” - pisze Bargielska. Czy moje dziecko było kawałkiem wątróbki? Bo to też był nawet dwudziesty tydzień i zgon nie wiadomo kiedy, bo trudno stwierdzić. Może bym się dowiedziała więcej, gdybym odebrała wyniki badań łożyska, ale się boję zadzwonić do szpitala.
Z przychodni pojechaliśmy prosto do szpitala zabierając po drodze z domu rzeczy na dwa, trzy dni pobytu. W. zadzwonił do mojej szefowej, do mamy, bo ja nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Byłam otępiała, płakałam i zastanawiałam się co się stanie z małym.

Nie pytaj mnie, czy byłbym w stanie uciec,
czy gdybym miał okazję, wziąłbym ją.
Nie bardzo wiem czy sercem, czy rozumem
przywrócić mam temu jakiś sens.

Im więcej wysilam się, by ci sprostać,
tym bardziej kompromituję się.
Choć wiem, że nie wytrzymamy do końca,
tym bardziej nie mogę bez ciebie żyć

Nie pytaj mnie, dlaczego tak się czuję,
jak gdybym miał kolejne naście lat.
Nie bardzo wiem czy byłbym w stanie unieść
kolejnych nocy z diabłem za pan brat

“Nie pytaj” Radka Skubasa samo pojawiło się w mojej głowie, gdy leżałam w szpitalnym łóżku i nie mogłam nic zrobić poza czekaniem i zastanawianiem się co się tak naprawdę stało i dlaczego. Nie wiem czy wolałabym uciec. Na pewno nie chciałabym cofnąć czasu, nie chciałabym nigdy nie być w ciąży. Bo to zmienia perspektywę patrzenia na świat. Ale tak jak Skubas nie wiem czy sprawę objąć rozumem czy sercem i jak to zrobić, żeby było świadomie i żeby w końcu przestało boleć. Wiedziałam już, leżąc z oksytocyną skapującą do moich żył, że nie wytrzymam do końca ciąży, wiedziałam, że trzeba będzie powiedzieć “do widzenia” zanim tak naprawdę się z Kostkiem przywitaliśmy. I łzy ciekły strumieniem. I nie rozumiałam dlaczego moi rodzice nie są w rozpaczy, dlaczego cały świat nie jest w rozpaczy razem ze mną. A potem mama i tata przyznali się Wojtkowi, że gdy dowiedzieli się, że Kostek nie przeżyje priorytetem stało się dla nich moje życie. I jak już wylądowałam w szpitalu, to można było świętować. Pierwszy raz w życiu miałam przy sobie mamę i tatę. Choć po rozwodzie, stanęli obok siebie i działali razem. Działała też moja macocha i działał W. I wszyscy dodawali mi siły, każdy oddawał mi kawałek swojego serca żebym mogła skleić swoje popękane na miliony kawałków.
            Po wyjściu ze szpitala bałam się kalendarza. Przed 7 maja wpisałam do niego USG, a następnego dnia wyjazd do Bydgoszczy. Zaznaczyłam też w nim kolejne tygodnie ciąży, żeby nie musieć tego za każdym razem liczyć. I 18 września wpisałam “Baby Time”. Tyle planów, radosnego oczekiwania, chęć potwierdzenia, że czekamy na Konstantego. Ale żadnego baby time nie będzie. Nie będzie 26 tygodnia. Zamiast tego szpital z diagnozą “poronienie zatrzymane” - missed abortion. Jakbym to ja coś “przegapiła”, prawie jak autobus o poranku albo ulubiony program w telewizji. Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był tykającą bombą zegarową, w każdej chwili gotową wybuchnąć i mnie zabić. A ja do tej bomby mówiłam i czekałam aż urośnie. Wtorek. Cewnik Foleya. Środa. Oksytocyna. Czwartek. Misoprostol. 40 minut później odeszły wody. Kolejne 40 minut później wróciłam do sali po zabiegu. Piątek. Powrót do domu. Bez synka, bez brzucha, bez ciąży, bez niczego. Po powrocie do domu ze szpitala śniło mi się pierwszej nocy, że jestem w ciąży. A potem śniła mi się śmierć Kostka. Wstawałam rano z walącym sercem, siadałam naprzeciwko szafy żeby wybrać jakieś ciuchy i zaczynałam płakać. Bo przecież powinnam nosić teraz ciuchy ciążowe i nie rozumiem dlaczego mój brzuch zniknął. Zaczął też do mnie docierać fakt potężnego upadku społecznego związanego z poronieniem. Bo jak się jest w ciąży, to się jest wszędzie pierwszym. Jest osobna szuflada dla ciężarnych w przychodni, i na badanie krwi się nie czeka w długiej kolejce, i nawet jak lekarz ma mnóstwo pacjentek, to ciężarną przyjmie. Do tego ustąpi się jej miejsce i w ogóle ludzie się uśmiechają. No bo ciąża, będzie nas więcej, kobieta jest płodna i spełnia swą misję. A jak poroni, to czeka w kolejce. Wypuszczają ze szpitala dzień po zabiegu i radź sobie człowieku w normalnym życiu. Trzeba podróżować tramwajem z niedokrwistością, zatrzymywać się na zakupach, bo zaczęło się kręcić w głowie i pozbyć się nawyku głaskania brzucha jakby ktoś tam był w środku. Nikogo nie ma, kobieta jest sama i społeczne tabu zabrania mówić głośno o stracie. Bo nie wypada, to niesmaczne, niemiłe i trudne. Czy jestem gorsza, bo nie zapewniłam mojemu dziecku warunków do przeżycia?
Zaczęłam czytać jak opętana. Chciałam się jak najwięcej dowiedzieć o poronieniu. Ale Obsoletki Bargielskiej nic nie wyjaśniły, tylko zrodziły więcej pytań. Zarejestrowanie się na forum też nic nie dało, bo nie da się tam przeczytać nic poza wielkim żalem innych kobiet, a wsparcie jest grzecznościowe tylko po to, żeby potem “pocieszona” kobieta pocieszyła inne, też grzecznościowo, cały czas pławiąc się we własnym żalu, goryczy i tęsknocie. “W torbie mam laleczkę, z tych, które dwadzieścia lat temu sprzedawali w kioskach Ruchu: jest goła i łysa, choć wcale nie ma niemowlęcych kształtów. I ma dokładnie tyle centymetrów, ile miało moje dziecko, gdy umarło. A, tak ją sobie noszę. - Wiecie co - mówię - spierdalajcie, dziwki. Chcę teraz spędzić tysiąc lat sama ze swoją laleczką na dnie brudnej rzeki. - Sama spierdalaj, dziwko - odpowiadają. - A my niby nie?”. Bargielska uchwyciła smutną rzeczywistość forum internetowego stworzonego dla kobiet po poronieniu.
Dwa tygodnie później pogrzeb. Kostek ma grób koło Antosia. Pozostaje nam mieć nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Na grobach dzieci leżą misie. Czy niebo dla dzieci pełne jest misiów, a Bóg jest ogromnym pluszakiem, w którego wtulają się wszystkie dzieci, które zawędrują do nieba zostawiając na ziemi swoich rodziców? Bargielska: “(Lekarz) zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział. Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale żaden z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka. - Oj no, wiem - obruszyłam się.  - Przecież serce mojego dziecka jest w słoiku”. Tak pisze Bargielska w Obsoletkach. Ja nie zobaczyłam słoika. Zobaczyłam białą trumienkę z obrzydliwą koronką już na cmentarzu. Chcieliśmy drewnianą małą trumienkę, coś w rodzaju skrzyneczki, żeby było prosto i naturalnie, ale nie wolno. Nie chcieliśmy też krzyża. Więc Kostek dostał listewkę, która się z resztą złamała podczas pierwszej ulewy. Z Kostkiem pochowaliśmy dwie pary śpioszek, które przywiozłam dla niego z USA. Bo to było jego. Wszystkie inne rzeczy związane z ciążą oddałam na przechowanie mamie. Bo nie mogłam na nie patrzeć.
Samotność przychodzi ukradkiem. Wkrada się po kilku tygodniach i omotowuje duszę. Powoli, systematycznie, metodyczynie. Zaczyna się od krótkich chwil, potem dochodzi chroniczne zmęczenie, pogłębiające się tylko od niewyspania. Niewyspanie i stres to prosta droga do rozdrażnienia. O wszystko. A świat wokół czeka i wymaga. Oczekuje zadowolonej twarzy, coraz lepszego samopoczucia i radzenia sobie. W rzeczywistości nagle okazuje się, że “to już miesiąc” od poronienia. Albo “miałabym teraz większy brzuch”. Jak przez to wszystko przejść, jak mówić o temacie, który jest tabu, jak odpowiadać na pytania “jak się czuję”? Pytania układające się w głowie w wielki stos. Chciałabym je spalić, ale jak. Mówię do widzenia na wiele sposobów. To wszystko boli z każdym wypalonym papierosem coraz bardziej. Bo choć papierosy już mi nie smakują to każdy kolejny przypomina mi o tym, że nie jestem w ciąży. Już nie. Nieustannie zastanawiam się kim teraz jestem. Czy jestem kobietą po ciąży? Przecież nie doszłam nawet za połowę. Kobietą przed ciążą? To nieprawda, przecież widziałam jak zmienia się moje ciało. Bo co to znaczy stracić. Według Słownika Języka Polskiego to, co się przestało posiadać albo sam fakt, że się przestało posiadać. Czy kobieta w ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego nieistnienia po tym, jak przez kilka miesięcy tam było? Panuje ogólnie przyjęta i akceptowana zasada milczenia na temat poronienia. Bo wokół aborcji jest wiele szumu, a o kobietach, które tracą dziecko, choć tego nie chcą - ani słowa. “Każdy we wsi miał jakieś pierwsze dziecko, które umierało, zanim pojawiło się młodsze rodzeństwo, i o którym potem zacięcie się nie wspominało przy żadnej okazji. Wszyscy zaś razem mieli nieznanego żołnierza, który umarł na piaskowcu - zebrali go do kupy i raz-raz pochowali”. W zasadzie nie wiem czemu się o tym nie mówi. Dlaczego dopiero jak się to przeżyje, to wokół pojawiają się kobiety i znajome tych kobiet, które przeszły przez coś podobnego. Bargielska: “W nocy śni mi się, że ósmego dnia przynoszą Pana Jezusa do świątyni. Matka Boska rozwija go z pieluszek i rozwija, i rozwija. - No, żeż - mówi Matka Boska. Zdejmuje kolejne warstwy, a pieluszki robią się coraz bielsze. Rozwija, aż przestaje, ale nie wiem, co znajduje się w najbielszej pieluszce, bo mi zasłania, pochyla się nad nią. - Nie tak się umawialiśmy - mówi”. To chyba kwintesencja myśli o poronieniu. Bo nie tak się umawialiśmy z naturą, że nagle w połowie ciąży ona znika zanim jeszcze na dobre stanie się widoczna. I wtedy powstaje krępująca sytuacja w towarzystwie. Bo co powiedzieć osobie, która nawet o tej ciąży nie wiedziała? Czy odpowiedzieć bon-motem, że u nas “wszystko okej”, choć serce krwawi, a głowa nie może się jeszcze posklejać? Czy może powiedzieć, nie zważając na drugą osobę, że się poroniło. Trochę to bezlitosne względem drugiego człowieka. No bo co on ma powiedzieć, jeśli nie wiedział i w ogóle nic nie o ciąży, a co dopiero o poronieniu? Jak wiele możemy oczekiwać od innych żeby ich nie przytłoczyć i jednocześnie nie oszukiwać samego siebie, że jest lepiej niż w rzeczywistości.
Czy sformułowanie “urodził się martwy” jest zgodne z konstytucją? Bo z logiką - nie jest” - pisze Bargielska. I my też mamy logiczne problemy z konstrukcją wyroku. Bo przecież to nie było poronienie. Bo nie krwawiłam i żadnych dolegliwości nie miałam, choć lekarz wpisał, że to było poronienie zatrzymane. Zatrzymane na czerwonym świetle na 3 albo 4 tygodnie, nie wiem. Nikt nie wie. Wiem, że przeżyłam poród. Poczułam nasze dziecko w sobie, jak siłami moich mięśni jest wypychane ze mnie. Czułam jak naprężyła się pępowina, gdy wyskoczył mi między nogi, już na sali zabiegowej. Zaraz potem po ręce i głowie zaczęła gładzić mnie pielęgniarka, że już wszystko dobrze, że zaraz podadzą mi środek usypiający. Noż kurwa mać jakie wszystko dobrze? Dlaczego nikt nie powiedział, że to dopiero początek jakiejś koszmarnej drogi z której trudno się wyguzdrać? Więc to był poród. Ale dziecko było martwe. Więc ten poród jakiś taki sztuczny i wywołany na siłę. Więc wszystko wbrew naturze. Nie dość, że ciąża za szybko się skończyła, to jeszcze mój organizm tego nie zauważył i nie chciał tej ciąży uznać za zakończoną. A czy można w ogóle mówić o stracie? Bo stracić to według Słownika Języka Polskiego to, co się przestało posiadać albo sam fakt, że się przestało posiadać. Czy kobieta w ciąży posiada dziecko? Jak nazwać fakt jego nieistnienia po tym, jak przez kilka miesięcy tam było? Czy wypada o nim mówić? Rzecznik Praw Dziecka chroni dzieci od poczęcia, ale to chyba tylko taki zapis. No bo jeśli byłoby inaczej, to położna nie powiedziałaby mi, że nie trzeba chować i że w ogóle najlepiej, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli, że to się stało. Ale jak zapomnieli? Wymazali te miesiące z naszego życia? Udawali, że nigdy nie byłam w ciąży? To dlaczego mój zawsze wyćwiczony, płaski brzuch się zaokrąglił?
One chyba nie pikują - mówi Bronka z bezbrzeżnym smutkiem. - Ani nawet nie pikają. Gdybyż pikały! Można by opracować jakiś alfabet, mieć z nimi kontakt, pytać “Czemu wolałeś zostać aniołkiem, synku”, a on by odpikiwał “mama, nie nudź”. Bargielska trafia w sedno tęskniącej matki, która nie miała szansy stać się matką. Której pozostanie wyobrażanie sobie dziecka. Ja wyobrażam sobie Kostka razem z moim dziadkiem, który odszedł 3 lata temu. Mam nadzieję, że czekał na niego, wziął go za jego maleńką rączkę i zaczął opowiadać o naszej rodzinie. Bo dziecko, chcę w to wierzyć, przenosi się ze szczęścia siedzenia w brzuchu do szczęścia bycia z naszymi przodkami. Tylko przy okazji wprawia w rozpacz z tuzin osób. A na pewno dwie. Bo co ma powiedzieć matka, która już się nie może doczekać dnia matki, a która dwa tygodnie przed tym świętem, teraz tak wyjątkowym, traci dziecko?
Bargielska pisze: “A to jest moja modlitwa: wstrętny pasibrzuchu, zawiodłeś mnie już tyle razy, że z mojej strony nie może być mowy o miłości. Mogę co najwyżej docenić dobroć twojej woli, rozległość twojej łaski i te oto pejzaże. Ale za to doceniam je co najmniej do szaleństwa”. I ja doceniam. Że mam przy sobie wspaniałego mężczyznę, rodzinę, która była ze mną przez te wszystkie ciężkie chwile. Że W. słyszy mój płacz przez trzy ściany i przychodzi do łazienki jak tylko zaczynam kwilić w wannie. Bezbłędnie wyczuwa gorsze momenty, a przy tym sam płacze. Nie wypiera, nie każe zapomnieć, trzymał w ramionach podczas chowania Kostka do ziemi i trzyma w ramionach co wieczór dopóki nie zasnę.
Nie znam cię synku. Nie zostało mi nic po Tobie poza plastikową kartą wskazującą miejsce pochówku i jeansami z panelem na czas ciąży. I ten mały grób. Ale kocham całym sercem i strasznie tęsknię. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Potrzebuję.

Potrzebuję czasu dla siebie. Z dala od pracy i wszystkiego tego, co goni i ściga. Dać się sobą zaopiekować, nie myśleć o obiadach, praniach i sprzątaniach. Żeby nikt nie dzwonił i nic nie chciał. Choć boję się, że wtedy bym oszlała, że nikt już o mnie nie pamięta. Chcę mówić o Tobie Synku, choć trochę się boję, że może nie wypada. Wpadam sama w to koło, na które tak pomstuję, że się nie mówi o Dzieciach, które zostawiły swoich rodziców za wcześnie. Bo przecież mam nową pracę w której nikt nie wie, że byłeś. I czy powinnam na dzień dobry powiedzieć "- Jestem Joanna i trzy miesiące temu urodziłam martwego Kostka". Przecież byłeś nasz, choć jednocześnie całego świata. Miałeś w sobie całą energię Natury, która jednak postanowiła ulokować Cię gdzieś indziej nie pytając nas co my na to. Gdybym wiedziała, że coś jest nie tak z Twoim serduszkiem, to przecież oddałabym Ci swoje. Wolałabym je sobie wyrwać niż dać mu tak pęknąć na milion kawałków, które teraz razem z Twoim Tatą sklejamy, choć czasem ciągle coś się ukruszy.

To zmienia. Jestem już inna niż byłam. Są dni, gdy nie mam ochoty się uśmiechać. Nie mam ochoty nawet wstać z łóżka, choć muszę, bo życie czeka. A wolałabym zanurzyć się pod kołdrę i przez cały dzień wstawać tylko po herbatę albo po nową książkę. Chciałabym zanurzyć się w świat pieczenia i robienia przetworów, bo to kojarzy mi się z chwilami, gdy jeszcze byłeś u mnie w brzuchu, a ja piekłam jak szalona i nagrzewałam Cię piekarnikiem i upajałam Twoje malutkie nozdrza esencją waniliową. Myślałam, że jak już będziesz z nami, to będziesz się naturalnie uspokajał w kuchni, bo będziesz czuł, że to dobre miejsce. Ale nie będziesz tuptał po kuchni, podkradał mi łyżki ani nawet wylizywał miski po kremie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Synku

Mój Kochany Synku, nie ma Cię z nami już ponad trzy miesiące. W międzyczasie czeka na nas cały świat. Zakupy nie robią się same, podobnie jak pranie. Jedno właśnie czeka na powieszenie. Żyjemy dalej, choć jest jakby trudniej. Odruchowo szukam Cię pod koszulką i zastanawiam się czemu mój brzuch jest jakiś taki inny. Myślę o Tobie często i tęsknię. Kłócimy się z Twoim Tatą choć wcale tego nie chcemy. I w ogóle to wszystko jest jakby mniej barwne. Wiem, że jesteś tam na górze. Mam nadzieję, że Ci dobrze.

piątek, 31 maja 2013

Gdzie jesteś?

Jestem zła, zdenerwowna, nadwrażliwa. Nie wiem co się ze mną dzieje. W środę urządziłam awanturę o źle przygotowane spaghetti, które z resztą sama ugotowałam. Zaraz po tym prawie się rozpłakałam, położyłam o 19:00 i wstałam o 12:00 następnego dnia.
Boli gdy myślę, że teraz miałabym już wyraźnie okrągły brzuch. Boli z każdym wypalonym papierosem coraz bardziej. Nie smakują mi papierosy, ale palę je, bo to wyraźna oznaka, że NIE jestem w ciąży. Już nie.
Bywam tu i teraz, ale bywam też w innym świecie gdzieś daleko. Nie do końca wiem gdzie. To jakieś królestwo marazmu, niechcenia, nadwrażliwości i tępego bólu gdzieś w sercu.
Pomaga mi W.
Pomaga mi joga.
Choć są chwile, gdy nic nie pomaga. Gdy po prostu poziom stresu sięga zenitu, przelewa się przez usta i wypowiadam coś, co niekoniecznie chciałabym wypowiedzieć. Przelewa się przez serce i zachowuję się nie tak, jakbym chciała.
Dni wolne są jak kara. Po co mi te puste godziny kiedy mogę myśleć o tym wszystkim co się stało już 3 tygodnie temu? Czy trzy tygodnie to okres, gdy powinnam już to wszystko wypuścić? Czy powinnam to puścić? A może zapomnieć, udawać że się nie zdarzyło?
Jak zapomnieć o dziecku, które było, ale którego nie poznałam? Jak przestawić się z trybu "ciąża" na tryb "przed ciążą".
Kim jestem? Kobietą po ciąży? Przecież nie doszłam nawet za połowę. Kobietą przed ciążą? Nie, to nieprawda. Przecież widziałam jak zmienia się moje ciało.
Czy jestem pośrodku? I w którą stronę mam ciążyć?

poniedziałek, 27 maja 2013

Śniło mi się dziś

Że jestem w ciąży. Obudziłam się przybita. Rozpłakałam się siedząc przed szafą. W. był obok.
Wyżywam się na nim i na innych za to, że jest mi smutno. Za to, że czuję, jak ogarnia mnie dziwna niemoc, marazm, poczucie, że jestem gdzieś indziej.

piątek, 24 maja 2013

Misiowe niebo

Kostek miał dziś pogrzeb. W zasadzie my mieliśmy pogrzeb Kostka. Ma grób koło Antosia, mam nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Na grobach dzieci leżą misie. Pomyśleliśmy z W., że niebo dla dzieci pełne jest misiów, a jeśli jest Bóg, to jest wielkim pluszowym misiem, w którego zapadają się wszystkie dzieci.
Kostek ma ładne miejsce na cmentarzu - trafiła mu się niezła kwaterka. Z widokiem na drzewo, niedaleko młodego dębu. Jest nawet choinka - ciekawe czy w Boże Narodzenie znajdą się pod nią prezenty.
Kostek był zapakowany w małą, białą trumienkę ze złotymi, a może srebrnymi zamknięciami i przeokropną, tandetną koronką wystającą z niej. Nie mogliśmy zajrzeć do środka. Potrzymaliśmy ją chwilę w rękach i podaliśmy grabarzowi. Na trumience położyłam dwie pary śpioszków kupionych w USA dla Kostka.
Kostek, Kostek, Kostek. Czemu jesteś tak daleko? I czemu tak błyskawicznie wypełniłeś swoją misję?
Mam nadzieję, że przytuliłeś się już do wielkiego misia i jest ci tam dobrze.


niedziela, 12 maja 2013

Strach przed kalendarzem

Boję się cokolwiek wpisać do kalendarza. Wpisałam w zeszłym tygodniu... tyle planów, radości, bo miało się potwierdzić, że mamy synka, a potem miał być wyjazd, miała być uczelnia, miało być cieszenie się wiosną, która w końcu zawitała do Warszawy. Zamiast tego we wtorek trafiłam do szpitala z poronieniem zatrzymanym. Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był niczym tykająca bomba zegarowa, w każdej chwili gotowa wybuchnąć i mnie zabić.
Wtorek - szpital - cewnik Foleya. Środa - cewnik Foleya nie pomógł - oksytocyna. Końska dawka. Czwartek - oksytocyna niewiele pomogła - misoprostol. 40 minut później odeszły wody, kolejne 40 minut później wróciłam do sali z zabiegu.

Piątek - powrót do domu. Bez synka, bez brzucha, bez ciąży, bez niczego. Zostałam z niczym. Jestem teraz gdzieś pośrodku. Nie jestem już dziewczyną sprzed ciąży. Ale nie jestem matką - nie donosiłam dziecka do końca. Kim jestem? Jak to wszystko ułożyć? Jak to poskładać? Tyle mieliśmy planów, tyle rzeczy sobie wyobrażaliśmy, miało być tak cudownie, wszystko układało się dobrze.
Znienacka dostajesz kopniaka od życia.

Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na bicie serca waszego dziecka, ale nagle lekarz mówi, że dziecko nie ma tętna, nie żyje, nie ma nadziei.

I jakoś funkcjonuję, ale boję się kalendarza, boję się wyjść sama do ludzi, boję się patrzeć na kobiety w ciąży, na pary z wózkami. Boję się, zazdroszczę, jestem zła, smutna i rozżalona. Bo dlaczego trafiło na nas? Dlaczego nie możemy wziąć w ramiona naszego Synka? Dlaczego nie usłyszę z jego ust "mamo", nie zobaczę jak stawia pierwsze kroki? Dlaczego odszedł od nas zanim jeszcze na dobre się zadomowił?

Tymczasem rzeczywistość czeka. Praca, uczelnia, konieczność zaktualizowania CV, wysyłania go, w perspektywie rozmowy kwalifikacyjne. Jak mam tam iść i mówić, że jestem świetna? Jestem do bani, jestem wrakiem, chcę się schować i nie chcę w tym uczestniczyć.

straciliśmy syna

09.05 urodziłam Kostka.
Był martwy od jakichś 3-4 tygodni.
Dowiedzieliśmy się 07.05.
Będziesz zawsze w naszych sercach Kochany.

niedziela, 5 maja 2013

USG już wkrótce.

Majówka za nami.
Przed nami badanie USG. Cieszę się, że znów zobaczę malucha na ekranie. Już od ponad tygodnia towarzyszą mi myśli w stylu "nie czuję go - czy on na pewno żyje?". W. znosi to cierpliwie, powtarza, że żyje i na pewno ma się dobrze, a ja nie wiem, bo przecież nie czuję. I nie wiem ciągle czy to moje zgniecione jelita się frustrują, czy może jednak nasz pierworodny się przekręca. Bądź tu człowieku mądry i zgadnij. Potem zacznę się cieszyć, że maluch się rusza, a to jednak cebulka. Albo cola. Cola... och jakże ja za nią tęsknię, choć colę akurat podpijam. Porzuciłam alkohol, porzuciłam papierosy, nie mogę całkiem wyrzec się coli.
Powróciłam na jogę, dzisiaj poczułam zakwasy. W. robi mi piękne zdjęcia, na których nie widać, że przytyłam, dzięki czemu momenty, gdy czuję się jak hipopotam na brzegu występują zdecydowanie rzadziej. Do tego co wieczór wmasowuje w moje powłoki skórne balsam nawilżający zapobiegający rozstępom. Z obserwacji mojej rodzicielki wnioskuję, że rozstępy mi nie grożą, ale jak nadal będę tyle jadła to kto wie czy pod koniec ciąży nie będą niezbędne taczki.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ciezarna

Zorientowałam się dziś, ze coraz bardziej wyglądam jak ciężarna. Mój brzuch jest coraz większy. Wpadłam nawet w mini histerię pod tytułem "moje ciało nie jest takie jak chce, a moje stopy kompletnie wymknely mi się spod kontroli". Co z tego, ze przywiozlam ze sobą trzy pary butów, skoro mogę nosić tylko jedna, bo pozostałe są za małe?
Poszłam na spacer wieczorem żeby się odrobine uspokoić, bo oczywiście W. tez rozpetalam mini piekło. Chciałam coś zjeść, ale po drodze miałam tylko miejsca z jak dowodem, na który już nie mogę patrzeć. Ból żołądka po wczorajszej pizzy był kara i odstraszaczem. Więc szlam, szlam i szlam... 30 minut w jedna stronę żeby zdobyć kanapkę z indykiem w Starbuniu. Nie było to wymarzone jedzenie, ale jednak ciagle lepsze niż maksyf. Mój błąd - zamówiłam duża herbatę z lemoniada. Okazało się, ze duża lemoniada jest duża jak dla strongmena i wcale nie taka pyszna, a na dodatek z ogromna ilością lodu, co w tak chlodny wieczór zdecydowanie nie było moim marzeniem. Więc zjadłam kanapkę, upilam 1/6 herbatolemoniady po czym chciałam wyrzucić resztke kanapki i lemoniadoherbate, bo już nie mogłam jej zdzierzyc. I tak szlam, szlam, 5, 10, 15 minut. W końcu prawie pod koniec trasy trafił mi się kosz na śmieci. Oczywiście pomostowalam na czym Ameryka stoi. Mój kuzyn twierdzi, ze to po to, aby nie można było podkladac bomb. Well... Nie będę się wydawać w dyskusje jak beznadziejnie idiotyczne jest to idea. No ale Amerykanie w ogóle są niezbyt przyjaźni pieszym dla których albo brakuje sygnalizacji, albo w ogóle brakuje przejścia. Przejście na druga stronę głównej ulicy w tej mieścinie graniczy z cudem. Oczywiście wszystko jest dostosowane do samochodów i zrobione na zasadzie Drive-in, żeby nie musieli ruszać swoich tyłkiem z samochodów. Bez sensu. Tak oto ze spaceru wróciłam bardziej skupiona niż na niego poszłam. Wracajac czułam już ból pleców, stop, lydek... A potem po powrocie zorientowalam się jak wielki mam już brzuch. Więc zaczęłam płakać. Ale potem zrobiło mi się lepiej dzięki rozmowie z W., co jest teraz po drugiej stronie kałuży. Ale już za nieco ponad dwa dni się widzimy. Dokladnie za 60 godzin i 45 minut. To nie brzmi tak złe - zwłaszcza, ze udaje mi się tu przesypiac pełne 8 godzin.


Pomyłki i dziwne wyrazy wynikać mogą z powodu urządzenia którego używam podczas popełniania tekstu.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Spiochy!

Kupiłam kolejne dwie pary, kompletnie nie mogłam się oprzeć. Dzisiaj po raz pierwszy od dwóch dni wyszłam na spacer, zaczerpnelam trochę świeżego powietrza, ale dla równowagi zjadłam pizzę, co boleśnie odczuwam do tej pory. Dlaczego nie wybrałam po prostu smoothie, jogurtu albo czegoś w tym stylu? Muszę sprawdzić wagę mojej walizki w Charlotte i w miarę możliwości zaopatrzyć się w Nakedy, które są absolutnie najpyszniejsze na świecie i nie do dostania u nas. Jeszcze dwa dni realnej pracy, w środę będę musiała tylko sfotografować Showroom żeby moc wysłać zdjecia.
Wydalam majątek na słodycze - jak zwykle. Co poradzę, ze zwyklam uwielbiam reeses. Co prawda raz nie mam na nie ochoty, ale kto wie kiedy powróci, wole być na to przygotowana.
Tęsknię za spacerami z W., tęsknię za Warszawa, tęsknię za lodami z różnej i polami mokotowskimi. Za kanalkiem tez tęsknię, dobrze ze zaraz po przyjeździe będę musiała tylko przeżyć piątek w pracy i będzie weekend, a zaraz potem majowka. Nie mogę się doczekać. Nigdzie nie jedziemy, chcemy zostać w naszym mieście, cieszyć się nim, cieszyć się sobą, nic nie musieć i na nikogo nie zwracać uwagi. Będziemy zależnie tylko od siebie, będziemy wstawać kiedy będziemy chcieli, będziemy jedli na śniadanie co tylko będziemy chcieli i cały dzień będzie zależał tylko od nas. Bez zastanawiania się czy to jest ok dla innych.
Już niedługo!!! Widze te kilka dni jako nasze mini wakacje, jak te cudowne dni zeszłego lata, gdy miałam wrażenie, ze cały świat przestał istnieć i jesteśmy tylko my. To wspaniale uczucie cały czas jest we mnie. Gdy tanczylismy razem i W. zapytał, czy wiem ze prawdopodobnie spędzamy ze sobą resztę życia. W takich momentach czujesz w sobie pulsująca miłość. Znika wszystko wokół i można zatopic się w oczach tej drugiej osoby.
Chce się sciskac, śmiać, całowac, chce być blaskami, gladzona po brzuchu i czuc sprzyjająca nam naturę. Wiem, ze ciagle nam sprzyja, w innym przypadku nie nosilabym teraz w sobie małego Duperelka. Świecie - znikasz dla mnie na kilka dni. Istnieje nasze miasto i my.

Dobranoc.

P.s. Ewentualne literowki i dziwne wyrazy wynikają z funkcji autokorekty, która czasem wymyka mi się spod kontroli.

piątek, 19 kwietnia 2013

gdzie się podziała moja miłość do słodyczy?

Od kilku dni na moim mini biureczku leży ciasteczko zwane Reeses. Szaleję za nim od kiedy poznałam jego smak podczas targów meblarskich w High Point. Mogłabym zjeść każdą ilość tego czekoladowego cuda z nadzieniem z masła orzechowego. Ale nie w ciąży. Więc Reeses leży i czeka na lepsze czasy. To wyjątkowo dziwne, bo jeszcze pół roku temu już dawno pognałabym do Walgreens, aby kupić sobie zapas m&msów z masłem orzechowym. Ale teraz mam raczej ochotę na ogórki małosolne. Czyżby to potwierdzenie faktu, że mam w brzuchu małego duperelka a nie małą duperelkę?

Amerykańskie poglądy na temat ciąży: mając chłopca nie tyjesz za bardzo i masz śliczny brzuszek, będąc w ciąży z dziewczynką masz większe rozstępy, wyglądasz gorzej i więcej tyjesz.

Dzięki Ci duperelku, że jesteś chłopcem!

p.s. rusz się w końcu, bo już wychodzę z siebie i staję obok.

czwartek, 18 kwietnia 2013

atak paniki

Nie czuję ruchów Duperelka, przez co momentami zaczynam się zastanawiać czy on w ogóle tam jest i jeszcze żyje.
Ot, moje małe paranoje.

środa, 17 kwietnia 2013

Podróże duperelka

Duperelek był już ze mną przez dwa dni w Luksemburgu, a dzisiaj przylecieliśmy do USA. Był jak zwykle spokojny - obraził się na mnie, że go zabrałam od głaskającej go co wieczór troskliwej dłoni Tatusia - to pewnik. Będę przez tydzień cieszyć się super-ciepłymi i słonecznymi dniami i pracować. Na szczęście pracy nie ma super dużo.
Okazuje się, że to co w Europie jest normą - przepuszczanie kobiety ciężarnej w kolejce tutaj się nie zdarza. Jesteś w ciąży? Nikogo to nie interesuje. To się nazywa demokracja posunięta do granic. O dziwo jakoś zniosłam 18godzin podróży i ciągle jeszcze jestem na nogach, a za 30 minut miną 24 godziny od kiedy jestem "na nogach". Ale po drodze zaliczałam godzinne drzemki, więc nie jestem aż takim hardkorem.
Kolejny kłopot to jedzene samolotowe, które było absolutnie nie do zniesienia - rozgotowane, bez smaku, wstrętne.
Ah - i chyba zaczynam odkrywać co to zgaga, bo czuję dziwne pieczenie w przełyku.

Siłownię raczej sobie odpuszczę, chociaż oczywiście wzięłam ze sobą buty i ciuchy. Ale może po prostu będę spacerować - we'll see.

Jakiekolwiek nieskładności gramatyczne i stylistyczne wynikają z niewyspania.

Dobranoc.

środa, 10 kwietnia 2013

chorowanie w ciąży

Dopadło mnie coś na kształt przeziębienia. Ból gardła, ból głowy, wiecie sami z resztą jak fatalnie może się czuć człowiek nie mając nawet stanu podgorączkowego. Poszłam więc do apteki, bo przecież musiałam kupić tabletki mające wspomóc moją niedomagającą tarczycę i syrop dla Wojtka i jego obolałego gardła. Sprytnie pomyślałam, że też załapię się na syrop, ale niestety...
Rozmowa z farmaceutką:
- Chciałabym jakiś syrop na suchy kaszel
- Ale wykrztuśny czy łagodzący?
- Raczej łagodzący i nadający się dla ciężarnych
- oooooj.... to raczej będzie trudno.
Więc się poddałam i odrzekłam, że w takim razie obejdę się bez syropu, więc może być nie dla ciężarnych.
Wtedy miła pani wspomniała, że jest syrop dla ciężarnych zalecany w stanach przeziębienia. Nie trzeba było mnie namawiać - kupiłam.
Przyszłam do domu, rozsiadłam się, wciągnęłam dawkę syropu, po czym przeczytałam skład: nieśmiertelny syrop glukozowo-fruktozowy i... wyciąg z malin, wyciąg z czarnych porzeczek, wyciąg z czosnku.
Kill me. Zapłaciłam za to 15 zł - uznaję to za oficjalny ciążowy epic fail. To już mogłam zostać przy naparach z imbiru.

sobota, 6 kwietnia 2013

Społeczność internetowa

Wykładowca polecił mi dziś forum edziecko. Wiedziona wrodzoną ciekawością postanowiłam zajrzeć, choć w ogóle wszelkie internetowe fora kojarzą mi się z bandą psychopatów, a jak to ma być dla ciężarnych to już w ogóle. Nie pomyliłam się. Kobiety, które planują swoje L4, bo zamiast pracować wolą poplotkować z koleżankami i wszystko wiedzące najlepiej na każdy temat. Jedna kobieta w ciąży to wystarczający ładunek hormonów. Gromadzenie ich w jednym miejscu? Borze uchowaj... Kompletnie poroniony pomysł.

Raz poszłam na takie spotkanie, zwabiona z resztą okazją do spotkania z dietetykiem i podarunkami różnymi dla dziecia i nie tylko. Na miejscu - panie z dziećmi w brzuchach, z dziećmi w wózkach, z dziećmi na kolanach. Tematy: wanienki, uśmieszki, ząbki, hahahaha jak uroczo gryzie wózek, hihihi jak rozrabia i psoci. Uciekłam po 40 minutach. Dostałam 3 numery miesięcznika "Rodzice". Jeden mnie powalił na tyle, że reszta trafiła do kosza bez zaglądania do kolejnych.

Oczywiście, że gładzę się po brzuchu bezwiednie, oczywiście, że wyczekuję ruchów małego, oczywiście, że jestem przewrażliwiona. Ale też czytam książki, prasę społeczno-polityczną i chodzę do kina. Dziękuję niebiosom, że nie odebrało mi mózgu i ciągle robię rzeczy, które robiłam przed ciążą, nawet jeśli robię je nieco wolniej, bo muszę. I nie czyham na L4. Może dlatego, że mam własną firmę i muszę pracować jeśli mam ochotę mieć co zjeść na obiad.

Daję sobie więcej luzu. Bo to dobra okazja, żeby zacząć się nieco lepiej traktować, a nie ciągle wtykać sobie motorek w tyłek "nie wstawaj od komputera, bo masz jeszcze zrobić to, to i to". Pachnie hipokryzją, bo jest 22:10, a ja siedzę przed laptopem i piszę notkę zamiast leżeć, no ale przynajmniej pozwalam wyżyć się mojemu mózgowi.

piątek, 5 kwietnia 2013

wszystko na raz

Panuje u nas psychoza, że kobieta w ciaży nie tyje, pracuje na cały etat i nie rezygnuje z żadnych dotychczasowych zajęć. Nadal musi być doskonałą panią domu, doskonalszą może nawet, bo w domu musi być czyściej niż zwykle, doskonałą kochaną, doskonałą pracownicą i jeszcze doskonale dbać o nienarodzone dziecko.
Gdzie umiar?
Nie mam na to siły. Niewiele gotuję, nie mam siły być kochanką, czuję się kiepsko w mojej skórze z coraz bardziej rosnącym brzuchem i jeszcze bardziej kiepsko z myślą, że nie można mi biegać, choć jestem najbezpieczniejszym momencie ciąży. I tak, przeżywam swoją ciążę. Przeżywam to, że moje ciało się zmienia, że wyczuwam bukszpan z odległości kilku metrów, nawet jeśli to kilkucentymetrowa gałązka i przeżywam to, co dzieje się z dzieckiem w środku mnie.

Mam też przodujące łożysko. Brzmi strasznie, podobno nie jest aż tak groźne, ale wolno mi obecnie jeszcze mniej niż wcześniej. Do tego dochodzą hormony na tarczycę, która przestała się wyrabiać jak należy.

Jestem zmęczona. Nic mi się nie chce. Mam ochotę zanurzyć się pod kołdrę i wypiąć się na cały świat.

A już na pewno nie chce mi się chodzić do pracy i na uczelnię.

niedziela, 31 marca 2013

Dobre strony ciąży

Na dziś:
Można spokojnie objadać się w Święta - wieczorem całą ciążę spożywczą można zrzucić na ciążę rzeczywistą i kompletnie nie przejmować się wydętym bebzonem - yay!

czwartek, 28 marca 2013

nerwy

Po okresie błogostanu nadszedł okres burzy i naporu. W domu piekło i w moich wynikach zaczątki piekiełka. Niesubordynowane TSH jest niebezpiecznie blisko przekroczenia normy, co wywołało niezbyt radosną reakcję lekarza, który nakazał jak najszybciej udać się do endokrynologa. W międzyczasie zadzwonili z pracy, że wysłałam nie te zdjęcia. Okazało się, że wysłałam dobre zdjęcia, a chodziło jedynie o akceptację. Matko bosko fluorescencyjno dodaj mi sił.
I teraz jutro zamiast się wyspać i w spokoju upiec ciasta muszę pognać zbadać TSH i inne rzeczy. W środę z kolei czeka mnie endokrynolog, a w czwartek ginekolog i USG. Po drodze (najpewniej we wtorek) muszę znowu oddać mocz do badania.
Czy tego wszystkiego nie może zrobić ktoś inny?
Ja oddaję brzuch, jem zdrowo, nie piję (prawie) gazowanych napojów, a w zamian chciałabym trochę spokoju zamiast ciągłego poczucia wkur*ienia. Na wszystko i wszystkich warczę. W szybkim wybieraniu pod numerem 1 powinnam mieć zapisany numer ZTMu, a pod 2 Straż Miejską.
Do tego mieszkanie nie jest już idyllicznym zakątkiem - doposażyło się w grzyba i zaniemogła pralka, nie wspominając o instalacji elektrycznej, która uniemożliwia włączenie pralki i czajnika w tym samym czasie.
Mam ochotę rzucać przedmiotami i krzyczeć na ludzi, choć akurat to drugie robię w autobusach dosyć często ostatnio, bo stoją jak kupy w przeręblu na środku przejścia zamiast się ruszyć.

poniedziałek, 11 marca 2013

mój mały manifest

Chcę być mamą, która nie zwariowała na punkcie zdrowego żywienia, ekologii i wegetarianizmu. Oczywiście, czytam etykiety produktów, które kupuję. Chcę karmić dziecko zdrowo, ale bez wielkiej ideologii przy każdym posiłku. Chcę, żeby poznawało różne smaki i wychowało się bez kulinarnych uprzedzeń. Niech otwarcie w kuchni będzie wstępem do otwarcia się na innych ludzi i inne kultury.
Dzieci nie umierają od jedzenia mięsa albo żelek. Jadłam żelki, czekoladę i inne słodycze gdy byłam dzieckiem i mam się świetnie. Sama kocham drożdżówki więc dlaczego w imię szczytnych ideałów mam ich odmawiać dziecku?


niedziela, 10 marca 2013

Jestem żylasta

Niestety, nie od wyćwiczenia się na siłowni. Moje żyły nabrzmiały woda przy tamie podczas ulewnych deszczy. Zgodnie z tajemną wiedzą zdobytą dzięki wujkowi Google wiem, że mam coraz więcej krwi. Więc zauważam na swoim ciele coraz więcej żyłek - yes! Nabrzmiały mi żyły na dłoniach, całe piersi mam w mniejszych i większych żyłkach i nieustannie bolą mnie sutki.
Mój brzuch nadal wygląda jakbym była w ciąży spożywczej z kapustą i dużą ilością coli. Swoją drogą tęsknię za colą. Ale tęsknię niemożebnie, tak bardzo, że mam ochotę wypić ją ukradkiem, w tajemnicy sama przed sobą, żebym potem nie czuła się winna, że piję świństwa. Mam też ochotę zapalić, ale to nie jest jeszcze jakaś skrajna potrzeba.

Poza tym nadal jestem śpiąca. Halo moja ciążo. To już prawie drugi trymestr, więc pora na energetyczny zastrzyk, hm? Gdzie te złote góry, doskonałe samopoczucie, ochy i achy? Póki co jestem złośliwa, drażliwa i płaczliwa do tego stopnia, że pewnego wieczoru W. znalazł mnie zapłakaną w wannie i prawie padł na zawał myśląc, że poroniłam, a ja tylko przeżywałam strach, że jednak nie dam rady.

Tym optymistycznym akcentem idę się kąpać. To kolejny mój ciążowy nawyk. ZAWSZE brałam prysznic traktując kąpiel jako święto. Od przynajmniej dwóch tygodni codziennie się kąpię. Oczywiście w ciepłej (bardzo) wodzie - tak, wiem, że tak nie wolno. Ale ja lubię ciepłą wodę. A dzieć jest zadowolony jak mama jest zadowolona. Nie będę więc cierpieć w zimnej wodzie i zmuszać dziecia do pływania w wodach płodowych pełnych stresu. Nawet jeśli jest ich dopiero 40 ml. Rzekłam.

środa, 27 lutego 2013

dojna krówka

Moje piersi zamieniają się w osobne królestwo. Są absolutnie niepodzielnymi władcami i mało tego, ciągle dokonują ekspansji. Dysponowałam wcale nie taką małą liczbą staników, a teraz zostały mi dwa(!) zdatne do użytku.
Mam rowek, jakiego nie powstydziłaby się pani z filmu wyświetlanego po 23. Och ciążo, nikt mi nie mówił, że to aż tak!

sobota, 9 lutego 2013

Moje poświęcenia

Moje kochane dziecko. Rezygnuję dla Ciebie z mojej ulubionej, lejącej się niemal jajecznicy na rzecz jajek na twardo i jajecznicy o konsystencji kamienia. Zapominam również o jajkach w koszulkach i jajkach na półmiękko. Wszystko to, byś nie cierpiał na żadne wstrętne choróbska. W zamian oczekuję subordynacji i grzecznego zachowania tam w środku. Żadnych psikusów i wygibasów pokładających matkę do łóżka i uniemożliwiających cokolwiek. Wieczorem Mamusia spędza czas z Tatusiem, a nie masuje się po bolącym brzuchu. Jak zaczniesz kopać to pomyślimy nad spędzaniem czasu we trójkę, przynajmniej będzie bardziej świadomie.
Dla Twojego komfortu słuchamy w domu muzyki klasycznej i oczywiście Trójki. Jesteśmy też mili dla kota, choć on odwdzięcza nam się szczaniem po kątach. Pal sześć po kątach, szcza prosto na środek sofy. 10 minut przed moim wyjściem na egzamin, gdy jestem kosmicznie niewyspana. A niewyspana jestem, bo się rozpanoszyłeś i nie wystarcza mi 6 godzin snu. Więc jak już wspomniałam - bądź grzeczną krewetką wielkości winogrona z zawiązkami zębów. Ja tymczasem będę się dobrze odżywiała, dużo uśmiechała i postaram się więcej odpoczywać. Obiecuję też nie narzekać więcej na mój ciągle rosnący brzuch (naprawdę potrzebujesz aż tyle miejsca?) przypominający obecnie brzuch po kolacji wigilijnej, a nie śliczną ciążową piłeczkę.
A tak na serio to Kocham Cię najbardziej na świecie i mogę nawet leżeć nad miską 10 razy na dzień tylko bądź zdrowe i rozwijaj się dobrze. Czekamy.

czwartek, 7 lutego 2013

winogrono z zębami



Właśnie takiej wielkości jest maluch. Wyczytałam, że po pierwsze jest wielkości winogrona, po drugie waży zawrotne dwa gramy (szkoda, że moja macica waży jakieś 2000 gramów, kompletnie nie zachowując odpowiednich proporcji), a po trzecie zaczynają tworzyć mu się zęby. W. wziął więc długopis, zamachnął się i wyszło mu to co powyżej.
Ja zaś powoli wracam do świata żywych. Hell Yeah!

sobota, 2 lutego 2013

Rzygu rzygu rzyg

Jest trochę lepiej. Nie przytulam się już do miski każdego poranka i wieczora. Nawet jem - czasem więcej, czasem mniej, ale zawsze jest to coś, nad czym muszę dłużej pomyśleć aż oświeci mnie wizja. Lubię, gdy inspiracje same podsuwają mi się pod nos - poczułam zapach smażonej ryby u sąsiadów więc zapragnęłam ryby, przed oczami stanęły mi naleśniki, więc W. pognał do sklepu po jajka, dżemik i usmażył. Oprócz tego jestem w nastroju na typowe domowe obiadki: kurczaczek, ziemniaczki, mizeria albo rybka, ziemniaczki, kapusta kiszona. Najgorsze są dni, kiedy nie mam ochoty na nic. Próbuję się wtedy zmusić do zjedzenia czegokolwiek, choć wcale nie mam na to ochoty, ale na głodniaka mdli mnie jeszcze bardziej.

Po przeczytaniu wieści wujka Google dochodzę do wniosku, że mam wszystkie możliwe objawy ciąży, co do jednego. Usłyszałam, że przynajmniej wiem, że ciąża przebiega prawidłowo. Szjea.

Poza tym byliśmy na USG. Widzieliśmy go! Ma zaledwie centymetr i przypomina małą krewetkę. Bije mu serduszko i mu tam całkiem dobrze u mnie w brzuchu. Jak już wspominałam - za jego psotność teraz oczekuję anielskości po urodzeniu.

Oprócz tego dobroć, ciepło i miłe gesty, których doświadczam prawie każdego dnia sprawiają, że aż mnie szczypie w oczy. Fantastycznie jest mieć dobrych ludzi wokół :-).

niedziela, 27 stycznia 2013

sobota, 26 stycznia 2013

- Zwolnij!

Okazuje się, że moje ciało jest już nie tylko moim ciałem - nie wystarcza mała ilość snu, nie można się skupić, w ogóle nie można robić pewnych rzeczy. Tymczasem ja zawsze robiłam 1000 rzeczy na raz. Pisałam, biegałam, skakałam, kochałam, czytałam, chodziłam do kina, pracowałam, pracowałam i się bawiłam. Nagle mój organizm krzyczy "zwolnij!", a ja go błagam "daj mi jeszczę chwilę".

piątek, 25 stycznia 2013

Drobne uśmiechy

Nie trąbię wszem i wobec, że jestem w ciąży. Staram się. Chcę być normalną osobą. Mną. Jestem przyzwyczajona do tego jak pracuję, jak reaguję, jak działam. Nagle wszystko wywraca mi się do góry nogami. Nagle mały korsarz tak psoci (choć jest wielkości guzika), że podniesienie się z kanapy jest dla mnie nieosiągalne.

W tym wszytkim obok mnie są ludzie. Cudownie reagująca rodzina - W. zarażający entuzjazmem, ściskający Tata, szczęśliwa Mama, babcie, dziadkowie, przyjaciele.
Ale są też obcy. Jest instruktor jogi, który prosi o ostrożność, bo na macie leżą dwie osoby choć widać tylko jedną. I redaktor piszący, że nie ma sprawy jak przepraszam za opóźnienie w przesyłaniu tekstu. Oprócz tego jest lekarz, który przyjmie mnie poza godzinami przyjęć, żebym nie musiała czekać dwa miesiące na wizytę, panie w sklepie i w ogóle jakaś aura dobroci i większej życzliwości.

Nie chcę żeby ciąża na mnie wpływała i mnie zmieniała. Ale wiem, że tak będzie. Denerwuję się, że nie wystarcza mi już 5h snu, a skupienie się nie przychodzi mi z taką łatwością. Irytuje mnie, że dostaję zadyszki przy wchodzeniu po schodach i że z trudem zwlekam się z łóżka rano i na dodatek mam poranne mdłości trwające cały dzień. Obsesyjnie spoglądam w lustro, bo nie chcę zamienić się w wielką hipopotamicę. Chcę czytać książki, oglądać filmy, chodzić do kina, teatru, opery i nie zatracić siebie. A jednocześnie chcę zadbać o małego Korsarza. Mam tylko nadzieję, że w ramach zadośćuczynienia za rozrabianie w ciąży po porodzie okaże się miłym grzecznym chłopcem albo takąż dziewczynką.

czwartek, 24 stycznia 2013

poranne mdłości?

Od trzech dni rano budzę się z poczuciem, że jest mi niedobrze. Nie dość, że nie mam siły podnieść się z łóżka, to jeszcze nie jestem w stanie zjeść kanapki, bo mi niedobrze, choć czuję, że to z głodu, no ale przez gardło nic mi nie przejdzie. Więc wychodzę z domu lekko słaniając się na nogach i zastanawiając się co będę jadła. Może subwaya? W końcu jest zaraz obok przystanku i aż woła żeby do niego wstąpić na śniadaniową kanapkę... Nie, subway odpada, bo to jednak fastfood. Nie, tak serio to odpada nie dlatego, że fastfood, a dlatego, że jak pomyślę o ichniejszej kanapce to mi jeszcze bardziej słabo niż było.
Ale człowiek nie wielbłąd i jeść, i pić musi. Więc całą drogę w autobusie spędzam na analizowaniu moich kubków smakowych. Wchodzę do biedronki, widzę granaty, ananasy... granat ląduje w koszyku. I bułeczka, choć nie jestem specjalnie przekonana czy mam na nią ochotę.

Odkrycia wszechczasów dokonuję obok pasztetu. Pasztet! I ogórki konserwowe!

Tak, moja dieta nie jest zbyt urozmaicona ostatnio. Mogłabym na okrągło jeść ogórki konserwowe, paprykę konserwową i kapustę kiszoną.
Nawet zrobiłam dziś spaghetti, ale co z tego, skoro mi nie smakowało - nie ma to jak ogóras po prostu.

wtorek, 22 stycznia 2013

spaaaaaać

Wbijam się rano w spodnie i okazuje się, że są obcisłe (a nie były). Zaczynam się zastanawiać czy to ciąża czy moje objadanie się, a może woda, która zatrzymała się z niewyspania? Bo spać chce mi się bardziej niż kiedykolwiek. Budzę się rano i równie dobrze mogłabym iść spać. Kładę się wieczorem i zasypiam jak mały trupek. Może mój organizm wie, że po urodzeniu dziecka sen już nigdy nie będzie taki sam. Moje ciało wejdzie w tryb "momma's sleep", co oznacza, że będę spać i czuwać jednocześnie przez najbliższe kilka lat.
Fokin hormones sprzeciwiające się mojemu normalnemu trybowi życia.




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Szczecin do Opola

Zawsze byłam dokładna. Nie miałam kłopotów z koncentracją, skupieniem się i odpowiednią uwagą. Oczywiście, czasami zdarzał mi się gorszy dzień, ale generalnie radziłam sobie całkiem nieźle. Niestety. Fokin' hormones spowodowały, że prezydenta Szczecina zapraszam na kolację do Opola. W. zasugerował, że przejażdżka mogłaby mu się przydać. Kto wie, może to całkiem miła wyprawa, niczym pociąg Zakopane - Świnoujście.
Nie zmienia to faktu, że momentami się nie poznaję i nie wiem czy lubię się taką pochlipującą i robiącą wszystko dwa razy dłużej. Gdzie się podział mój normalnie funkcjonujący mózg?

Oczywiście telefony do ginekologa wykonywane każdego poranka od tygodnia kończą się podobnym rezultatem:
- Dzień dobry, chciałabym się umówić do ginekologa na jakiś nieodległy termin, jestem w ciąży...
- mogę panią zapisać na maj.

Fokin' NFZ.