piątek, 31 maja 2013

Gdzie jesteś?

Jestem zła, zdenerwowna, nadwrażliwa. Nie wiem co się ze mną dzieje. W środę urządziłam awanturę o źle przygotowane spaghetti, które z resztą sama ugotowałam. Zaraz po tym prawie się rozpłakałam, położyłam o 19:00 i wstałam o 12:00 następnego dnia.
Boli gdy myślę, że teraz miałabym już wyraźnie okrągły brzuch. Boli z każdym wypalonym papierosem coraz bardziej. Nie smakują mi papierosy, ale palę je, bo to wyraźna oznaka, że NIE jestem w ciąży. Już nie.
Bywam tu i teraz, ale bywam też w innym świecie gdzieś daleko. Nie do końca wiem gdzie. To jakieś królestwo marazmu, niechcenia, nadwrażliwości i tępego bólu gdzieś w sercu.
Pomaga mi W.
Pomaga mi joga.
Choć są chwile, gdy nic nie pomaga. Gdy po prostu poziom stresu sięga zenitu, przelewa się przez usta i wypowiadam coś, co niekoniecznie chciałabym wypowiedzieć. Przelewa się przez serce i zachowuję się nie tak, jakbym chciała.
Dni wolne są jak kara. Po co mi te puste godziny kiedy mogę myśleć o tym wszystkim co się stało już 3 tygodnie temu? Czy trzy tygodnie to okres, gdy powinnam już to wszystko wypuścić? Czy powinnam to puścić? A może zapomnieć, udawać że się nie zdarzyło?
Jak zapomnieć o dziecku, które było, ale którego nie poznałam? Jak przestawić się z trybu "ciąża" na tryb "przed ciążą".
Kim jestem? Kobietą po ciąży? Przecież nie doszłam nawet za połowę. Kobietą przed ciążą? Nie, to nieprawda. Przecież widziałam jak zmienia się moje ciało.
Czy jestem pośrodku? I w którą stronę mam ciążyć?

poniedziałek, 27 maja 2013

Śniło mi się dziś

Że jestem w ciąży. Obudziłam się przybita. Rozpłakałam się siedząc przed szafą. W. był obok.
Wyżywam się na nim i na innych za to, że jest mi smutno. Za to, że czuję, jak ogarnia mnie dziwna niemoc, marazm, poczucie, że jestem gdzieś indziej.

piątek, 24 maja 2013

Misiowe niebo

Kostek miał dziś pogrzeb. W zasadzie my mieliśmy pogrzeb Kostka. Ma grób koło Antosia, mam nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Na grobach dzieci leżą misie. Pomyśleliśmy z W., że niebo dla dzieci pełne jest misiów, a jeśli jest Bóg, to jest wielkim pluszowym misiem, w którego zapadają się wszystkie dzieci.
Kostek ma ładne miejsce na cmentarzu - trafiła mu się niezła kwaterka. Z widokiem na drzewo, niedaleko młodego dębu. Jest nawet choinka - ciekawe czy w Boże Narodzenie znajdą się pod nią prezenty.
Kostek był zapakowany w małą, białą trumienkę ze złotymi, a może srebrnymi zamknięciami i przeokropną, tandetną koronką wystającą z niej. Nie mogliśmy zajrzeć do środka. Potrzymaliśmy ją chwilę w rękach i podaliśmy grabarzowi. Na trumience położyłam dwie pary śpioszków kupionych w USA dla Kostka.
Kostek, Kostek, Kostek. Czemu jesteś tak daleko? I czemu tak błyskawicznie wypełniłeś swoją misję?
Mam nadzieję, że przytuliłeś się już do wielkiego misia i jest ci tam dobrze.


niedziela, 12 maja 2013

Strach przed kalendarzem

Boję się cokolwiek wpisać do kalendarza. Wpisałam w zeszłym tygodniu... tyle planów, radości, bo miało się potwierdzić, że mamy synka, a potem miał być wyjazd, miała być uczelnia, miało być cieszenie się wiosną, która w końcu zawitała do Warszawy. Zamiast tego we wtorek trafiłam do szpitala z poronieniem zatrzymanym. Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był niczym tykająca bomba zegarowa, w każdej chwili gotowa wybuchnąć i mnie zabić.
Wtorek - szpital - cewnik Foleya. Środa - cewnik Foleya nie pomógł - oksytocyna. Końska dawka. Czwartek - oksytocyna niewiele pomogła - misoprostol. 40 minut później odeszły wody, kolejne 40 minut później wróciłam do sali z zabiegu.

Piątek - powrót do domu. Bez synka, bez brzucha, bez ciąży, bez niczego. Zostałam z niczym. Jestem teraz gdzieś pośrodku. Nie jestem już dziewczyną sprzed ciąży. Ale nie jestem matką - nie donosiłam dziecka do końca. Kim jestem? Jak to wszystko ułożyć? Jak to poskładać? Tyle mieliśmy planów, tyle rzeczy sobie wyobrażaliśmy, miało być tak cudownie, wszystko układało się dobrze.
Znienacka dostajesz kopniaka od życia.

Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na bicie serca waszego dziecka, ale nagle lekarz mówi, że dziecko nie ma tętna, nie żyje, nie ma nadziei.

I jakoś funkcjonuję, ale boję się kalendarza, boję się wyjść sama do ludzi, boję się patrzeć na kobiety w ciąży, na pary z wózkami. Boję się, zazdroszczę, jestem zła, smutna i rozżalona. Bo dlaczego trafiło na nas? Dlaczego nie możemy wziąć w ramiona naszego Synka? Dlaczego nie usłyszę z jego ust "mamo", nie zobaczę jak stawia pierwsze kroki? Dlaczego odszedł od nas zanim jeszcze na dobre się zadomowił?

Tymczasem rzeczywistość czeka. Praca, uczelnia, konieczność zaktualizowania CV, wysyłania go, w perspektywie rozmowy kwalifikacyjne. Jak mam tam iść i mówić, że jestem świetna? Jestem do bani, jestem wrakiem, chcę się schować i nie chcę w tym uczestniczyć.

straciliśmy syna

09.05 urodziłam Kostka.
Był martwy od jakichś 3-4 tygodni.
Dowiedzieliśmy się 07.05.
Będziesz zawsze w naszych sercach Kochany.

niedziela, 5 maja 2013

USG już wkrótce.

Majówka za nami.
Przed nami badanie USG. Cieszę się, że znów zobaczę malucha na ekranie. Już od ponad tygodnia towarzyszą mi myśli w stylu "nie czuję go - czy on na pewno żyje?". W. znosi to cierpliwie, powtarza, że żyje i na pewno ma się dobrze, a ja nie wiem, bo przecież nie czuję. I nie wiem ciągle czy to moje zgniecione jelita się frustrują, czy może jednak nasz pierworodny się przekręca. Bądź tu człowieku mądry i zgadnij. Potem zacznę się cieszyć, że maluch się rusza, a to jednak cebulka. Albo cola. Cola... och jakże ja za nią tęsknię, choć colę akurat podpijam. Porzuciłam alkohol, porzuciłam papierosy, nie mogę całkiem wyrzec się coli.
Powróciłam na jogę, dzisiaj poczułam zakwasy. W. robi mi piękne zdjęcia, na których nie widać, że przytyłam, dzięki czemu momenty, gdy czuję się jak hipopotam na brzegu występują zdecydowanie rzadziej. Do tego co wieczór wmasowuje w moje powłoki skórne balsam nawilżający zapobiegający rozstępom. Z obserwacji mojej rodzicielki wnioskuję, że rozstępy mi nie grożą, ale jak nadal będę tyle jadła to kto wie czy pod koniec ciąży nie będą niezbędne taczki.