Od trzech dni rano budzę się z poczuciem, że jest mi niedobrze. Nie dość, że nie mam siły podnieść się z łóżka, to jeszcze nie jestem w stanie zjeść kanapki, bo mi niedobrze, choć czuję, że to z głodu, no ale przez gardło nic mi nie przejdzie. Więc wychodzę z domu lekko słaniając się na nogach i zastanawiając się co będę jadła. Może subwaya? W końcu jest zaraz obok przystanku i aż woła żeby do niego wstąpić na śniadaniową kanapkę... Nie, subway odpada, bo to jednak fastfood. Nie, tak serio to odpada nie dlatego, że fastfood, a dlatego, że jak pomyślę o ichniejszej kanapce to mi jeszcze bardziej słabo niż było.
Ale człowiek nie wielbłąd i jeść, i pić musi. Więc całą drogę w autobusie spędzam na analizowaniu moich kubków smakowych. Wchodzę do biedronki, widzę granaty, ananasy... granat ląduje w koszyku. I bułeczka, choć nie jestem specjalnie przekonana czy mam na nią ochotę.
Odkrycia wszechczasów dokonuję obok pasztetu. Pasztet! I ogórki konserwowe!
Tak, moja dieta nie jest zbyt urozmaicona ostatnio. Mogłabym na okrągło jeść ogórki konserwowe, paprykę konserwową i kapustę kiszoną.
Nawet zrobiłam dziś spaghetti, ale co z tego, skoro mi nie smakowało - nie ma to jak ogóras po prostu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz