Jest trochę lepiej. Nie przytulam się już do miski każdego poranka i wieczora. Nawet jem - czasem więcej, czasem mniej, ale zawsze jest to coś, nad czym muszę dłużej pomyśleć aż oświeci mnie wizja. Lubię, gdy inspiracje same podsuwają mi się pod nos - poczułam zapach smażonej ryby u sąsiadów więc zapragnęłam ryby, przed oczami stanęły mi naleśniki, więc W. pognał do sklepu po jajka, dżemik i usmażył. Oprócz tego jestem w nastroju na typowe domowe obiadki: kurczaczek, ziemniaczki, mizeria albo rybka, ziemniaczki, kapusta kiszona. Najgorsze są dni, kiedy nie mam ochoty na nic. Próbuję się wtedy zmusić do zjedzenia czegokolwiek, choć wcale nie mam na to ochoty, ale na głodniaka mdli mnie jeszcze bardziej.
Po przeczytaniu wieści wujka Google dochodzę do wniosku, że mam wszystkie możliwe objawy ciąży, co do jednego. Usłyszałam, że przynajmniej wiem, że ciąża przebiega prawidłowo. Szjea.
Poza tym byliśmy na USG. Widzieliśmy go! Ma zaledwie centymetr i przypomina małą krewetkę. Bije mu serduszko i mu tam całkiem dobrze u mnie w brzuchu. Jak już wspominałam - za jego psotność teraz oczekuję anielskości po urodzeniu.
Oprócz tego dobroć, ciepło i miłe gesty, których doświadczam prawie każdego dnia sprawiają, że aż mnie szczypie w oczy. Fantastycznie jest mieć dobrych ludzi wokół :-).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz