Boję się cokolwiek wpisać do kalendarza. Wpisałam w zeszłym tygodniu... tyle planów, radości, bo miało się potwierdzić, że mamy synka, a potem miał być wyjazd, miała być uczelnia, miało być cieszenie się wiosną, która w końcu zawitała do Warszawy. Zamiast tego we wtorek trafiłam do szpitala z poronieniem zatrzymanym. Przez kilka tygodni miałam w sobie martwy płód, który był niczym tykająca bomba zegarowa, w każdej chwili gotowa wybuchnąć i mnie zabić.
Wtorek - szpital - cewnik Foleya. Środa - cewnik Foleya nie pomógł - oksytocyna. Końska dawka. Czwartek - oksytocyna niewiele pomogła - misoprostol. 40 minut później odeszły wody, kolejne 40 minut później wróciłam do sali z zabiegu.
Piątek - powrót do domu. Bez synka, bez brzucha, bez ciąży, bez niczego. Zostałam z niczym. Jestem teraz gdzieś pośrodku. Nie jestem już dziewczyną sprzed ciąży. Ale nie jestem matką - nie donosiłam dziecka do końca. Kim jestem? Jak to wszystko ułożyć? Jak to poskładać? Tyle mieliśmy planów, tyle rzeczy sobie wyobrażaliśmy, miało być tak cudownie, wszystko układało się dobrze.
Znienacka dostajesz kopniaka od życia.
Uświadamiasz sobie ile można stracić w ciągu 30 sekund. Leżysz i czekasz na bicie serca waszego dziecka, ale nagle lekarz mówi, że dziecko nie ma tętna, nie żyje, nie ma nadziei.
I jakoś funkcjonuję, ale boję się kalendarza, boję się wyjść sama do ludzi, boję się patrzeć na kobiety w ciąży, na pary z wózkami. Boję się, zazdroszczę, jestem zła, smutna i rozżalona. Bo dlaczego trafiło na nas? Dlaczego nie możemy wziąć w ramiona naszego Synka? Dlaczego nie usłyszę z jego ust "mamo", nie zobaczę jak stawia pierwsze kroki? Dlaczego odszedł od nas zanim jeszcze na dobre się zadomowił?
Tymczasem rzeczywistość czeka. Praca, uczelnia, konieczność zaktualizowania CV, wysyłania go, w perspektywie rozmowy kwalifikacyjne. Jak mam tam iść i mówić, że jestem świetna? Jestem do bani, jestem wrakiem, chcę się schować i nie chcę w tym uczestniczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz