Majówka za nami.
Przed nami badanie USG. Cieszę się, że znów zobaczę malucha na ekranie. Już od ponad tygodnia towarzyszą mi myśli w stylu "nie czuję go - czy on na pewno żyje?". W. znosi to cierpliwie, powtarza, że żyje i na pewno ma się dobrze, a ja nie wiem, bo przecież nie czuję. I nie wiem ciągle czy to moje zgniecione jelita się frustrują, czy może jednak nasz pierworodny się przekręca. Bądź tu człowieku mądry i zgadnij. Potem zacznę się cieszyć, że maluch się rusza, a to jednak cebulka. Albo cola. Cola... och jakże ja za nią tęsknię, choć colę akurat podpijam. Porzuciłam alkohol, porzuciłam papierosy, nie mogę całkiem wyrzec się coli.
Powróciłam na jogę, dzisiaj poczułam zakwasy. W. robi mi piękne zdjęcia, na których nie widać, że przytyłam, dzięki czemu momenty, gdy czuję się jak hipopotam na brzegu występują zdecydowanie rzadziej. Do tego co wieczór wmasowuje w moje powłoki skórne balsam nawilżający zapobiegający rozstępom. Z obserwacji mojej rodzicielki wnioskuję, że rozstępy mi nie grożą, ale jak nadal będę tyle jadła to kto wie czy pod koniec ciąży nie będą niezbędne taczki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz