Duperelek był już ze mną przez dwa dni w Luksemburgu, a dzisiaj przylecieliśmy do USA. Był jak zwykle spokojny - obraził się na mnie, że go zabrałam od głaskającej go co wieczór troskliwej dłoni Tatusia - to pewnik. Będę przez tydzień cieszyć się super-ciepłymi i słonecznymi dniami i pracować. Na szczęście pracy nie ma super dużo.
Okazuje się, że to co w Europie jest normą - przepuszczanie kobiety ciężarnej w kolejce tutaj się nie zdarza. Jesteś w ciąży? Nikogo to nie interesuje. To się nazywa demokracja posunięta do granic. O dziwo jakoś zniosłam 18godzin podróży i ciągle jeszcze jestem na nogach, a za 30 minut miną 24 godziny od kiedy jestem "na nogach". Ale po drodze zaliczałam godzinne drzemki, więc nie jestem aż takim hardkorem.
Kolejny kłopot to jedzene samolotowe, które było absolutnie nie do zniesienia - rozgotowane, bez smaku, wstrętne.
Ah - i chyba zaczynam odkrywać co to zgaga, bo czuję dziwne pieczenie w przełyku.
Siłownię raczej sobie odpuszczę, chociaż oczywiście wzięłam ze sobą buty i ciuchy. Ale może po prostu będę spacerować - we'll see.
Jakiekolwiek nieskładności gramatyczne i stylistyczne wynikają z niewyspania.
Dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz